niedziela, 14 maja 2017

Majówka w Morawskim Krasie

Majówka w Morawskim Krasie

Przynależeć do Speleobandy - żagańskich grotołazów, którzy niemal za Ciebie zdecydują o uczestnictwie w majowym wypadzie na Morawy, podjadą pod dom, załadują i zawiozą wraz z rowerami do celu - Jedovnic na Morawach to nie lada gratka! /dziękujemy!!!  ;-) /
Grotołazi z czterech klubów Speleologicznych i Jaskiniowych (Żagań, Gorzów, Jelenia Góra i Wałbrzych) na cztery doby zasiedlili Camping w Jedovnicach.

Cały ten wypad okazał się wielce udany, bowiem każdy dzień okupiony niemałym wysiłkiem pełen był mocnych wrażeń!
W odróżnieniu od współbiesiadników penetrujących morawskie jaskinie stawiamy na eskapady rowerowe.







30 Kwietnia 70 km
Na początek - w niedzielę - Brno.
Jedziemy z parą "Naszych Bobrów" /Małgosią i Markiem/ do stolicy Moraw!
Płasko to tam nie jest!
Podjazdy/zjazdy wiodą nas przez Rudice, Josefov, wysoko usytuowaną wieś - Babice nad Svitavou skąd podziwiamy piękną panoramę. 
Przed nami długi bajeczny zjazd do Karnic. 




W Bilovicach nad Svitavou wpadamy w DDR nr 5 otoczoną z jednej strony soczystą majową zielenią, a z drugiej szumnie płynącą Svitavou. Ta malownicza trasa wiedzie nas do celu.






Brno ...


Miasto jakby bezludne, zadziwia bardzo mały ruch samochodowy, przemierzane przez nas ulice mimo swej szerokości są dziwnie puste, chodniki nie zastawione samochodami, jedynie widoczny i słyszalny jest  ruch tramwajowy 






Wjeżdżamy w jego centrum, rozsiadamy się niemal przy najodważniejszym zegarze w kształcie naboju, który sprawia wrażenie podniesionego palca środkowego, jest to sześciometrowy obelisk - (Orloj) z polerowanego czarnego granitu.

"Aktualny czas mogą z niego odczytać tylko wybrani, a ideą projektu jest połączenie maszyny z najważniejszymi historycznymi wydarzeniami miasta Brna, jak również to, iż każdego dnia o godzinie 11:00 zegar wypluwa ze swojego wnętrza jeden ze swoich skarbów – niespodziankę w formie szklanej kulki ze znakiem miasta, którą będziesz mógł (jeżeli będziesz miał naprawdę duże szczęście) wziąć sobie na pamiątkę."


Nie! nie! - nie była nam dana owa atrakcyjna zdobycz.




Wspólnie konsumujemy czeski obiadek, natomiast drogę powrotną postanawiamy przebrnąć z osobna.














Trasa powrotna nieco mniej wymagająca /krótsza/, ale też pełna podjazdów i zjazdów.

1 Maja - Jedovnice/Oloumeuc/Jedovnice - 127 km

Rozterka - do jaskini? czy do Ołomuńca?
Dość długo się wahamy, sprawdzamy prognozy pogody - jutro może padać - wobec tego: rower!
Spory wiatr oraz moje guzdranie nie gwarantują osiągnięcia celu, póki-co jedziemy!
Podobnie do wczorajszej trasy będą hopki, wymagające samotne podjazdy - po nich mało satysfakcjonujące zjazdy (wszak znowu trzeba będzie się sprężać na podjeździe), na dodatek na jednym dłuuugim zjeździe mój rower (identycznie jak podczas zeszłorocznej Łabskiej wyprawy) zaczyna koncertować! Uszkodzony bębenek powoduje, że rower drży, brzęczy, skrzypi, nawet w manetce coś dzwoni i wibruje!
Jak zjeżdżać przy takim akompaniamencie?
Radość "popylania" ginie, trwożę się wyobraźnią, że zaraz rower mi pęknie na pół!
Zjazdy pokonuję więc ciut poiytowana!






Nastrój poprawia wjazd do Plumlov,
magicznego małego miasteczka, nad którym dominuje potężny zamek. 



Kierując się w stronę Prostějova, zatrzymujemy się na zaporze wodnej - Plumlovská přehrada – na rzece Hloučele zbudowanej w latach 1911 – 1933 r.

Jednym z głównych powodów budowy zapory, była różnica w poziomie rzeki i powodzie w porze deszczowej oraz niedobory wody pitnej w porze suchej, podziwiamy stąd malownicze krajobrazy.


Przed nami Prostèjov, spory odcinek wiodący do miasta jak i poza jego murami zdecydowanie wy-płaszczony, co mnie niezmiernie cieszy.






Już wiemy, że dam radę dokręcić do Ołomuńca i choć znowu płasko nie jest - mocno mnie raduje wjazd do pierwotnej stolicy Moraw!
Co zapamiętałam? - bardzo STARE Centrum z wszech-istniejącym brukiem! Tu też jakoś-tak pusto!




Krótka foto-sesja, obiad i powrót!

Z Prostèjov jedziemy na Sloup i za miastem przypadkiem wpadamy na ścieżkę rowerową nr 5 - tę samą, która wiodła nas do Brna. Wobec tego rezygnujemy z powielania drogi i kręcimy 5-tką.

Bardzo dobra decyzja! bo choć cały czas pod górę, większość asfaltowego podjazdu o lekkim nachyleniu otoczonego magicznym lasem wraz z spływającym potokiem sprawia, że jest
pięknie ...
cudnie ...
uroczo ...
nawet ładnie ...
no może być ...
kiedy ten podjazd się skończy? ...
Łagodność podjazdu wydłuża drogę - schodzę z roweru, wyrównuję oddech, piję ...
na rower! i ...
dalej młynkuję ...
dlaczego ten strumyk się nie zwęża? ...
kręcę ...
cisnę w pedały ...
Jest wiocha! z podjazdem już nie łagodnym ...
schodzę ...
idę ...
idę ...
idę ...
... "idę w górę cieszyć się życiem" ...
Ufff - mam w końcu jak na dłoni panoramę okolicy - wsiadam na rower i jadę z pochodzącą z niewiadomego źródła werwą!

Trochę kluczymy, ale na horyzoncie widzimy ogromny maszt i wiatraki, rano przejeżdżaliśmy obok nich, więc tam są nasze Jedovnice.







Powrót wydłużony o 7 km dobiega końca!


2 Maja
No to czas na jaskinię!
Dziś udostępniona nam zostaje jaskinia Hedvabna. Pakujemy się w samochody, teraz widziane zza szyby auta podjazdy i zjazdy oraz serpentyny są do oglądania, ich pokonanie nie boli! ... wjeżdżamy w leśne dukty.
Klapa włazu zamknięta na kłódkę, tutejszy speleolog otwiera ją i wraca do pracy, a my stroimy się do przygody.
Dostaję kask, kolega proponuje mi też kombinezon, ale nie będę go brudzić, mam swoją kurtkę rowerową, spodnie przeciwdeszczowe - jestem gotowa!
W morawskich Jaskiniach , podobnie jak i w węgierskich zejście w głąb ułatwiają zainstalowane na stałe drabinki.
Wszystkich obowiązuje zasada, której nie wolno łamać - na drabince wyłącznie jedna osoba!


Ok!
Wydłuża to nieco czas zejścia, tworzą się kolejki, ale czy nam się gdzieś spieszy?
Początkowo przechodzimy wąskimi, krętymi korytarzami, ciągle w dół, bywa, że trzeba na kolanach raczkować, a jest to niezbyt komfortowe, bo kamienie się w nie wżynają. Co chwilę pojawiają się drabinki, najpierw małe - do 10 szczebelków, czasem trzeba się do nich zsunąć, a to już trudniejszy manewr. Trafiamy na rozwidlenie - w prawo i w lewo! - wybieramy w prawo, bo jest większy spadek terenu. czołgamy się, jest coraz ciaśniej ... chyba trzeba wrócić!
Im głębiej, tym napotkane drabinki dłuższe, ale nie na tyle, by tworzyły się przy nich kolejki.
W końcu dochodzimy do kilkuosobowej grupy, wszyscy czekają, oglądam oświetlone czołówką ściany, dostrzegam kilka nieruchomo wiszących nietoperzy, jest szaro, sucho, pod nogami kamienie i trochę błota.
Ludzi ubywa ...
Zaraz będę mogła podejść do drabinki i zerknąć w dół ...


O MATKO! i CÓRKO!!!!
Jaka czeluść przede mną!  W jej głąb prowadzi kilka drabinek połączonych ze sobą rura w rurę,  prowizorycznie spleciony sznur niby scala owo połączenie!
Łał!!!
Nadchodzi moja kolej - odwracam się tyłem, mocno chwytam rur drabiny, zsuwam nogi na pierwszy jej szczebelek, unoszę głowę, by nie widzieć głębi!
Schodzę ...
koncentruję się jedynie na mocnym chwycie rąk!
równo ...
spokojnie ...
stopień za stopniem ...
przecież w końcu dojdę!
Drabina przy każdym kroku lekko się gibie i skrzypi!
Nic-to!
Trzymać się i schodzić!!!
Jestem w końcu na dole i wołam, drę się do wyczekującego, że może schodzić.









Na dole w oczekiwaniu na zejście pozostałych żartujemy, humory nie opuszczają mimo iż z bezczynności zaczynamy lekko marznąć.
Rozpoczynamy powrót.
Znowu pojedynczo. Trasę powrotną w niezbyt komfortowej wielorakiej pozycji ciała /tylko na drabinkach w pionie/ przechodzę sprawnie i w miarę szybko.
Przede mną ostatnie pionowe wejście w górę, popełniam błąd nadając dość rytmiczne tempo. W połowie kręgów zaczynam łapać zadyszkę, muszę przystopować ... teraz wolniej - na zmianę: noga/ręka/noga/ręka - lekko zdyszana wynurzam się ze studni i wystawiam łeb ku światu, słońce mnie zupełnie oślepia!
Trzeba się jeszcze podnieść, usiąść na kręgu i krzyk w dół - dawaj!
3 Maja - Powrót 
Chyba trudno się rozstać, bo ludziska marudzą: jedni chcą się jeszcze pobabrać w jaskini, inni chcieliby do turystycznej, inni nic nie chcą - tylko wracać
W naszym samochodowym gronie też zdania podzielone!
W końcu pada decyzja o wspólnym, ale już tylko 12-osobowym wejściu do jaskini turystycznej - Katerińskiej




Wejście do niej tworzy gotycki portal, przez który zwiedzający dostaną się do Hlavního dómu, największej komory na Morawskim Krasie a jednocześnie największej podziemnej katedry, która odznacza się świetną akustyką i dlatego kilka razy do roku odbywają się tu muzyczne i wokalne koncerty. 







Można też nacieszyć oczy barwnie podświetlonym tworem Czarownica i Bambusowym laskiem utworzonym przez wspaniałe wysokie na kilka metrów stalagmity w kształcie słupa.

A potem?

... już tylko powrót do kraju /jak na majowy weekend przesadnie szarego, zamglonego, mokrego i zimnego/

wtorek, 7 marca 2017

Z cyklu miasta: POZNAŃ 2




  •  
MARZEC 2017

Z cyklu miasta: POZNAŃ

Wczesny sobotni poranek, mej pobudce niemal natychmiast towarzyszy lęk i zwątpienie ... 
jechać? tak daleko? w marcu? - (aura stycznia i lutego ograniczyła systematyczność treningową, więc marzec to pora rozkręcenia, a nie dalekich tras ... ),
- dam radę? po co mi to?
Rzut oka na słupek zaokiennego termometru, niecałe 3*C ... jeszcze zimno, ale wiadomo, że z kolejną godziną  dnia będzie coraz cieplej 
- jak się ubrać?
Wersje garderoby analizuję w czasie porannej toalety i w trakcie konsumpcji śniadania, dopiero poranna kawa rozjaśnia umysł i przegania rozterki!
Tuż przed samym przekręceniem klucza w drzwiach zdejmuję jeszcze z butów ocieplacze lekceważąc panujące poranne zimno. 
Wpięcie w pedałki, pierwsze nimi obroty i czuję chłód na udach, nie martwi mnie to - zaraz będą zgrzane, z czasem w zamian marzną stopy, trzeba ten dyskomfort przetrwać - da się!
Opuszczamy poranne - jeszcze spokojne ulice miasta ... Jelenin, Stypułów, Kożuchów,
Nowa Sól z Odrą i dalej w stronę Wolsztyna.
Droga wielokrotnie przepedałowana i sprzyjający wiatr wpływają na dość dobrą prędkość.
Robi się ciepło więc na pierwszym leśnym postoju zdejmuję cieplejszą bluzę i bez niepotrzebnej zwłoki kontynuujemy jazdę. Po chwili okazały szyld drogowy informuje, iż wjeżdżamy w Wielkopolskę
Będzie płasko! -  myślę sobie i rzeczywiście! Droga dotąd otoczona klimatycznymi lasami, malowniczymi krętymi drogami mijanych wiosek lubuskiego zaczyna nużyć. Nagie szare pola intensywnie obsypane o tej porze nawozami, obłożone hałdami obornika to niezbyt atrakcyjny widok, bo też i towarzyszący jemu charakterystyczny bukiet zapachowy nieco deprymuje. Ozimina pól jeszcze zbyt mała, by choć trochę ubarwić ziemię, świat ma barwę brunatnej szarości. Bywa nudno, ale przytrafiają się i przykuwające uwagę Perełki:
Zamek w Gościeszynie, niepowtarzalny drewniany kościółek w Parzeczewie, Pałac w Szczepowicach no i okazały dwór Potockich w Będlewie
Są też i inne miejsca godne zapamiętania: mostki  Południowego, Środkowego i Północnego Kanału  Obry, z których dostrzegam uregulowane nagie skarpy okalające wodę, pozbawione o tej porze jakiejkolwiek szaty roślinnej.
Dobra pogoda skłoniła Wielkopolan do masowego i chyba niezmiennego od wieków co-sobotniego zamiatania chodników i oczyszczania styku krawędzi z jezdnią! Chciałoby się zapytać gospodarzy:
- Nie macie tu zamiatarek?" ...  ale "co kraj to obyczaj", niechaj więc sobie zamiatają!  
Na 117 km zahaczamy o Stację Benzynową serwującą wielbioną przeze mnie kawę Late, spożywamy też hod-doga popijając to-to sokiem wielowarzywnym i wchodzimy w ostatni etap podróży: Mosina, Puszczykowo, Luboń.
Godz 15.30 - mamy wiadukt, z którego widok zwiastuje wjazd do Poznania.
Przejazd ulicami miasta do Dworca Głównego = "No comments"
Dylemat powrotu PKS-em czy koleją rozwiewa oczekujący właśnie na odjazd pociąg przy peronie 4a do Nowej Soli. 
Lekceważąc zaspokojenie potrzeb kulinarnych mościmy się w wagonie dla cyklistów i oddajemy długiej - długiej podróży powrotnej pozwalającej na zadumę ...
Odczuwam łechcące ego zadowolenie i satysfakcję, że jednak /pomimo/ wczesnego marca - można!
A później nadeszły pytania: 
- "i po co były te poranne rozterki? te obawy? te frymarczenia? "

wtorek, 22 listopada 2016

Rowerowo z retrospekcją

11.2016 

Rowerowo z retrospekcją


  •  
300km drogami i ścieżkami choszczeńskimi, wałeckimi i drawskimi 
Drawa, Płociczna, jez. Ostrowieckie, Głusko, Barnimie, Drawno, Sitnica ... można by wymieniać jeszcze wiele miejsc zakodowanych w serduchu - miejsc przywołujących wspomnienia dawnych-dawnych wakacji w gronie przyjaciół i rodziny. Miejsc okolonych dziewiczą naturą, pełnych ptactwa, zwierzyny, szumu wiatru, drzew i fal. Każdy chwycony obraz zachwyca, uspokaja i hipnotyzuje ... a że te obrazy powiązane są ze wspomnieniami z młodości toteż dochodzi do tego oczarowanie.
Drawieński Park Narodowy  działa na nas jak narkotyk, więc nie możemy odmówić sobie przyjemności popylania jego leśnymi duktami wokół jeziora Ostrowieckiego. Mamy tam "swoje miejsca" biwakowe - "Pod Dębami", "Wały" i "Koreę", na które możemy wjechać jedynie rowerem.
Z Rościna przez Drawno kierujemy się do Głuska, stąd już blisko do jeziora - rozpoczynamy jego objazd. Ten dziewiczy akwen będziemy mieć po lewej stronie.
Wprzódy trafiamy na dość sporą polanę z długim pomostem, widać latem okoliczni mieszkańcy korzystają z dobrodziejstw tego miejsca przystosowanego dla turysty z tablicami informacyjnymi, koszami i ławką.
Nawrót do głównego duktu i trafiamy na bardzo stary cmentarz, niegdyś zagłuszony chaszczami i zielskiem - dziś oczyszczony i uporządkowany - zatrzymujemy się i odczytujemy daty z kamiennych tablic. XIX wiek, wyryte w kamieniu lata w przekroju od 1800 do 1900, chwila listopadowej zadumy ... i w drogę!
Oczom ukazuje się drewniany mostek, pod nim spora rzeka okolona zachwycającym drzewostanem.
To Płociczna wypływająca z jez. Ostrowieckiego, piękna czysta bajeczna rzeka, z której niegdyś nasz bliski kolega śp.Tadziu W. przywoził smakowite i okazałe ryby ... i tu automatyczna cofka w czasie: 
sprawianie ryb na pomoście, ich trzewia wrzucone do wody wabiły raki, a te z kolei nasze dzieci łapały późnym wieczorem przy świetle latarki, wraca niepowtarzalny smak raków przyprawionych słodką papryką smażonych na masełku! Palce lizać!

Dojeżdżamy do kolejnego miejsca: następny mostek z Płociczną, tu nurty wiodą ją do jeziora, dawniej w okolicy był ośrodek wypoczynkowy zwany "Pustelnią" do którego przychodziliśmy na zakupy, a wyprawa z pola namiotowego wraz z powrotem trwała najkrócej pół dnia, w zależności od godziny przyjazdu dostawczego Żuka pełnego pieczywa, mleka, serów i konserw.
Po krótkiej sesji fotograficznej kontynuujemy podróż.
Teraz "Dęby" - spory plac wchodzący w wody Ostrowieckiego sprawia, że widok jeziora mamy z trzech stron. Biwakowaliśmy w tym miejscu we wrześniu 1981r.  Pamiętam kilka nieprzespanych nocy przez odbywające się właśnie rykowisko. Tuliłam dzieci do siebie i pytałam męża, czy coś nam grozi.
 
Pomostu, z którego wchodziliśmy do wody, wsiadaliśmy do pontonu, na którym myliśmy nasze dziewczynki (5-cio i 2-letnie) nie ma! Są okazałe dęby i mały pagórek, na którym stała prowizoryczna wędzarnia. Ryb był taki ogrom, że mogliśmy sobie pozwolić na rozmaitość jej serwowania!

Chwila kolejnej magii za nami - czas ku "Korei".
Dziewicze i wyjątkowe miejsce letnich obozów żagańskich "BOBRÓW" odnajdujemy dość szybko, stąd cudny widok na jezioro z dobrze widoczną Wyspą.

We wczesnych latach 70-tych apogeum szalonych pomysłów biwakującej tu bardzo młodej “Bobrowej” braci sięgało zenitu do tego stopnia, że podczas sporadycznych spotkań tamtego grona "Korea" wciąż żyje i bawi.


W drodze powrotnej trafiamy jeszcze na malowniczy punkt widokowy na jezioro.
Czas wracać! Głusko - Sitnica - Bogdanka - Drawno - Rościn.
Szczególny to powrót do przeszłości ...

Zaserwowaliśmy sobie też przejażdżkę z Rościna przez Drawno, Kalisz Pom., Biały Zdrój, Dominikowo, Barnimie i powrót do Rościna.
Zdecydowaną większość trasy wiodły nas drogi asfaltowe, od jeziora Krzywe Dębsko pożegnanie asfaltu i do Dominikowa tniemy malownicze leśne dukty. W niedalekiej okolicy jest bajeczne miejsce
 - otoczona koroną drzew bardzo rwąca i kręta Drawa z panującym nad nią starym, drewnianym mostem w Barnimiu,
gdzie serwowaliśmy sobie postoje podczas licznych spływów kajakowych.
A mnie wciąż ciągnie do Choszczna, więc trzeciego dnia wykorzystując sprzyjającą aurę pomykamy znowu do Drawna, dalej - kierunek Choszczno i w prawo na Recz, z Recza do Choszczna i stamtąd powrót do Rościna. Od Recza przez Choszczno do Drawna migawki wspomnień dotyczących maratonów szosowych z cyklu „Pętla Drawska" przeplatały się z aktualnymi – jesiennymi.

Ostatni dzień rowerowej przygody magiczną krainą Pojezierza Południowopomorskiego przywitał nas szarą mgłą. Myślałam, że w taką pogodę zrezygnujemy z podróży na rzecz spacerów rościńskimi bezkresnymi lasami, tudzież ścieżynami okalającymi jez. Mąkowarskie. Ale nie!
Małżonek rzecze:
- "zbieramy się!"
Kalisz Pom, Smugi, Wierzchucin, Stara Studnica i w prawo - miejscami dziurawą nawierzchnią - prosto do Mirosławca.
Jadę niespokojnie, boję się mokrego, śliskiego asfaltu, ale na szczęście ruch jest minimalny, na całej trasie wyprzedza nas zaledwie kilka samochodów.... z czasem nabieram swobodę i przeganiam strachy. Mgła osadza się na mym kasku, na twarzy oraz na rzęsach, a więc co chwilę z kasku spada kropelka wody, a na końcówkach rzęs mam kryształowe drobne kropelki! Coś niebywałego!!! 
Wjeżdżamy do miasta, utrwalamy fotograficznie pobyt w tym zszarpanym historycznie grodzie.
Powrót tą samą drogą zdaje się być szybszy i bardziej dynamiczny.
Listopadowa aura tego roku nie sprzyja cyklistom, więc niemal wyrwane jej kilka dni dobrej pogody pozwoliły odwiedzić rowerem Krainę przyrodniczej Magii, Czaru i Nieskazitelności.

czwartek, 15 września 2016

z cyklu miasta - PARIS

09.2016


     z cyklu miasta - PARIS                                                                                                                                     naszym Dzieciom ...
https://www.youtube.com/watch?v=foSeq3K72eo

Ziarenko "PARYŻ" rzucone nam jako kolejne rowerowe wyzwanie podczas wywiadu dla Gazety Lokalnej powiatu żagańskiego przez jej redaktorkę, p. Anetę Czyżewską wprawdzie zagnieździło się w naszych sercach, ale traktowane było po macoszemu i zdane raczej na zapomnienie ... ewentualnie niedoścignione już nam - MARZENIE.
A jednak!
Jakoś-tak "na tydzień przed" małżonek zaproponował, by pozbyć się balastu paryskiego planowania i oczekiwania ... i od tamtej rozmowy spokój był mi uczuciem bardziej odległym niż sam Paryż!
Oto nasze 1177 km
 Koniec wakacji jak co roku wkręca nas w potrzebę podróży. 
Dz. I
30 sierpnia 2016
Zasieki - Bitterfeld
 211km 
Jeszcze przed świtem wsiadamy do pociągu w Żaganiu, wysiadamy w Zasiekach - by swą rowerową podróż rozpocząć na polskiej ziemi.
Dobry to dzień ...
mamy sporo lasu, świetne nawierzchnie, za Calau serwujemy spontaniczny stop i objadamy się przydrożnymi śliwkami ... a potem kierunek - Torgau!, z Łabą - ,,naszą" rowerową rzeką i dalej już asfaltami do Bitterfeld
Euforia dnia pierwszego - stan szczególnie dobrego samopoczucia doznawany nawet pomimo rzeczywistych niedomagań organizmu już niemal tradycyjnie nakręca nas dystansowo!
Dz. II
31 sierpnia 2016
Bitterfeld - Bad Lauterberg
 176km 
Zmaltretował nas przeciwny wiatr, bezlitosne słońce i podjazdy gór Harz
Niemalże - okropieństwo! prawie - hor'rendum! ... od samego początku! Wyjazd z miasta - kluczymy, słońce z każdą godziną silniejsze, z czasem hajcuje niemiłosiernie; są też podjazdy nawet z 18% nachyleniem i takiego nie próbuję zdobywać - zaliczam je z buta! Kolejny podjazd do Petersberg, stromy wyjazd z Luterbach z nachyleniem 5% non stop. Wszystkie widoczne na horyzoncie wzniesienia, nawet te okolone daleką płaszczyzną są "nasze" i te wiatraki, wiatraki, wiatraki - ich towarzystwo zapewnia jazdę odkrytym terenem w wietrze i słońcu ... niemal sponiewierana jestem podróżą. U schyłku dnia zdobywamy TEŻ na wzniesieniu bardzo malowniczy i tani pensjonat w Bad Lauterberg, naprzeciw jest klimatyczna knajpka, tam spożywamy pyszną obiadokolację z lampką wina i to wynagradza trudy dnia.
"Rozpostarta płachta nieba (nie) zawsze daje to co trzeba" 
Dz. III
1 września 2016
Bad Lauterberg - Altenbeken
 160km 
Dziś słońce nieco łagodniejsze, ale wciąż obecne i walka z wiatrem trwa!
Harz (pol. hist. Góry Smolne) – masyw górski w środkowych Niemczech poznajemy prawie detalicznie i kiedy trafiamy na nadrzeczną DDR-kę rezygnujemy z wyznaczonej trasy i z Wezerą nabijamy nadprogramowe km, nadal jest urokliwie, ale rzeka gwarantuje jazdę niemal rekreacyjną!
W pewnym momencie w rowerze męża pęka linka przedniej przerzutki - i od teraz będzie jechał wyłącznie na mniejszej tarczy. Już wiemy, że mamy kilkadziesiąt km w plecy, plany czekających nas tras trzeba by zweryfikować, ale stawiamy na spontan - jedziemy dopóki i dokąd się da; odnajdujemy Pensjonat w Altenbeken, tradycyjnie - tusz, przebieranko i schodzimy do centrum na obiadokolację z symboliczną lampką wina - dziś w ramach imieninowego toastu.
Dz. IV
2 września 2016
Altenbeken - Padeborn - Haltern am See
 162km 

Początek trasy to opuszczenie terenu górzystego - ku mej radości zrobiło się płasko! Przecinamy teraz pola uprawne podziwiając okazałe, zadbane zagrody rolników, a w większych miastach DDR-ki prowadziły nas osiedlami domków jednorodzinnych oraz alejkami miejskich parków i terenów rekreacyjnych. 
Ok 16-tej na wjeździe do zagajnika niecna niemiecka osa czepiła się mojego palca i nie odpuściła - użarła! Oblewam początkowo palec wodą, potem okładam babką lancetowatą, jest mała ulga, ale ręka z godziny na godzinę "rozrasta się", na szczęście obrzęk nie stanowi przeszkody w sterowaniu barankiem.
W centrum Haltern am See znajdujemy Pensjonat, po odświeżeniu idziemy na spaghetti; jest tu jakiś festyn - tabun ludzi!!!!! mnóstwo kramów i koncerty - jak w ulu - ciasno! głośno!
Dz. V
3 września 2016
Haltern am See - Wesel - Maaseik
 165km 
Przed opuszczeniem Niemiec przecinamy jeszcze potężny, pełen barek Ren. Widzę tu krajobraz bardzo podobny do naszego - są lasy, jest soczysta zieleń na poboczach dróg, natomiast zabudowania zwiastują swym wyglądem holenderską architekturę ... a potem przelotem niemal przez Holandię pełną rowerzystów i z cudownością dróg rowerowych. Szybko mamy wjazd do Belgii - bardzo mnie te pogranicza ekscytują, jazda - marzenie - nawierzchnie gładziutkie, a pasy dla rowerów pozwalają na swobodne pedałowanie. Łapiemy nawet boczny wiatr, więc są chwile popylania, a kiedy powraca przeciwny znowu trzeba "młynkować". Opuchlizna ukąsanej ręki nie schodzi, więc decyduję się na kupno wapna w aptece, po długich bezsensownych dysputach /niemal konsylium nad mą nabrzmiałą ręką farmaceutki zrobiły/ w końcu dostaję żel i Calcium. Jedziemy, warunki dla rowerów wciąż cudo/cudo!!! Poszukiwanie Pensjonatu w okolicach Maaseik to niczym kołowanie wokół tego miasta, ostatecznie po niespełna 7-mio/kilometrowym krążeniu lokujemy się w Kinrooi.
... dzień pełen radosnych emocji - wszak opuszczamy Niemcy, 55 km Holandii i wjeżdżamy do Belgii.
Dz. VI
4 września 2016
Maaseik - Genk - Charleoi
 153km 
Belgia - wiemy, że czeka nas deszcz, ale rano jest ok! Początkowo trasę pokonujemy sprawnie, wiatr tradycyjnie już - nie odpuszcza ... w końcu dopada nas ulewa. Wkładamy kurtki, szpitalne foliowe ochraniacze na buty skutecznie uchronią moje rowerowe od przemoczenia i w drogę - z deszczem; chwilowe rozpogodzenia pozwalają rozejrzeć się wokół - uwagę przykuwa widok sadów z płasko przyciętymi drzewami owocowymi wysadzonymi w skośne szpalery. Łapiemy jeszcze jedną konkretną ulewę z mocnym i porywistym wiatrem, schronienie znajdujemy pod daszkiem jakiegoś sklepu. Najczęściej jedziemy dłuuuuuuugą prostą z pasem betonki rowerowej pozostawiając za sobą małe miasteczka i wioski.
Cały czas walczymy z wiatrem, MUSIMY dojechać do Charleoi!
U schyłku dnia i trasy na szutrze łapię "laczka", jest późno, wietrznie i chłodno ... dłuuuuugo wjeżdżamy do miasta, jeszcze dłużej kręcimy się jego ulicami w poszukiwaniu noclegu i w końcu stajemy przed ogromnym hotelem, zaczyna ciemnieć ale fart trwa! - cały koszt noclegu - 59€ /domyślałam się, że będzie tego wielokrotność!/. Jest tu wreszcie wanna (!), mamy w pokoju czajnik, herbatę, kawę - odpoczywamy! Błogo regeneruję się w wannie, a potem szybciutko - ku Morfeuszowi!
- Belgii nie zachowam sentymentalnie w sercu, o nie!
Dz. VII
5 września 2016
Charleoi - Sant Qentin - Ham
150km
Już po godz 7-mej jemy bardzo sute hotelowe śniadanko, wyjazd z miasta jak zwykle trudny, a pogranicze Belgii z Francją serwuje niemałe podjazdy, po czym mamy wjazd do kraju miłościsztukipoezji i barwnej kuchni. Od razu oko raduje widok ciekawych, starych kamiennych domostw, kręte wąskie zabudowania mijanych miast zachwycają, a otoczenie szos soczystością zieleni  z poboczami dzikiej roślinności do złudzenia przypomina nasze-polskie! Sielskość tę kończy deszczyk, zakładamy kurtki i od tej pory WALCZYMY! Zaliczamy kilka drogowych labiryntów do Sant Qentin, dalej niosą nas jednopasmowe asfalty przez uprawne wzgórza, a więc podjazdy/zjazdy cały czas faliście i widząc non-stop przed sobą i wokół siebie widok niemal nagich pagórków przeciętych cienką i krętą wstążeczką asfaltu zdaje się, że droga ta nie ma końca! ... ale pojawiają się tory, widzimy mknące nimi wagony wobec tego w Ham lokalizujemy dworzec i wskakujemy do pociągu! Wszak dalsza jazda wymagałaby kolejnych poszukiwań Pensjonatu, bo oddaleni jesteśmy od celu naszej podróży 130km, a tam - w Paryżu - czeka na nas mieszkanko! 
Po rozlokowaniu w wagonie idę z kartką do konduktora, jest to taki trochę rubaszny grubasek, wielce sympatyczny, wyjawia iż przewóz rowerów mamy bezpłatny, nakreśla na kartce miejscowości przesiadek i perony, a po wyjściu z pociągu wciska nas uroczej Murzynce pod skrzydła! Ona prowadzi nas w miejscach przesiadek (2) na perony i wskazuje pociągi do Paryża!
Paris Nord - wysiadamy - na szczęście nawigacja podładowana w pociągu i przywrócona do życia wskazuje drogę do naszej dziupli, którą udostępnili nam p.Dorota i p.Paweł TransportParis.Pl sprawiając, że dwudniowy pobyt w stolicy Francji był łatwy i beztroski - dziękujemy!
... "życie jest drogą, życie jest snem, a co będzie potem? Nie wiem, i wiem" ....
6.IX.2016
PARYŻ
finezyjne rowerowe  16km 

PARIS
Montmartre
Dzięki uprzejmości dawnego Przyjaciela mego męża mogliśmy zatrzymywać wzrokiem, smakować i podziwiać magiczny klimat MONTMARTRE-uspacerując w gąszczu ludzi, uliczek, kramów, malarzy i knajp,  a i zza szyb samochodu chłonąć urok Pól Elizejskich i Łuku Triumfalnego ubarwione światłami neonów i samochodów, oraz delektować się aromatem francuskiego wina u stóp Opery Paryskiej!
MAGIA - dziękujemy - monsieur Mieczysław.
"Znów mam tę ciszę, spokój i marzenia, moje przeżycia i me przemyślenia, kawałek mego świata na tej ziemi, przepięknych momentów, gry świateł i cieni. Mogę rozkoszować się chwil bukietami i nie muszę gonić i żyć realiami" /Fioletowa13/