niedziela, 28 lutego 2016

Zimowe "SETKI" x 3

02.2016

Zimowe SETKI x 3


  •  

  •  
W styczniu tego roku postanowiłam wypedałować swą pierwszą kalendarzowo-zimową "setkę", aura niemal przez cały miesiąc skutecznie konfrontowała moje zapędy  ... ale!
/jednak/ udało się: 31-go stycznia wespół z mą Połową wykręcić ów dystans na trasie: Żagań - Przemków - Chocianów - Legnica.
Wiatr nas a to wspomagał, a to przechylał na boki, bywało że i powstrzymywał złośliwie, niemniej pokonanie założonego dystansu w takich warunkach przyniosło mnóstwo frajdy i znanej wszystkim cyklistom radości.   
Kolejną okazją do zaliczenia zimowych "setek" była wyjazdowa impreza żagańskich "Bobrów" - NCCT, która rokrocznie w lutym bez względu na pogodę odbywa się w Wojcieszowie.
W zakamarkach rowerowych pragnień już kilka lat tliła się nadzieja, że ... 
- kto wie? ... może kiedyś? ... uda się dotrzeć tam rowerem?
Obiecująco zapowiadana pogoda na pierwszy weekend lutego spełniała nasze oczekiwania, no może poza faktem, że wiatr tym razem z pewnością naszym sprzymierzeńcem nie będzie!
W sobotni poranek 6 lutego o dość zaawansowanym poranku opuszczamy domowe pielesze, wyjeżdżając z miasta pod mostem żagańskiego Bobru słyszę donośne kacze odgłosy  - pewnie nas żegnają - myślę spoglądając na brodzące stado z uśmiechem.
Mokry po nocnej wilgoci asfalt oraz ośmiokilometrowy odcinek betonowych płyt wprowadzający nasze rowery w cykliczny stukot to pozbawiające nudy i spokoju dodatki pierwszego etapu podróży. Najprzyjemniejszy odcinek przytrafia się nam od Osiecznicy do Zagrodna - wiaterek postanowił nas nieco wspomóc, a przed Iwinami para młodych cyklistów "wciąga" nas na kilka kilometrów w swe koła.
Dalej mamy wjazd na wzniesienie z olbrzymimi wiatrakami skąd rozpościera się urocza panorama z górującym nad nią złotoryjskim Bazaltowym Wzgórzem zwanym "Wilkołakiem".
Odtąd wiatr nie okazuje nam już żadnej łaski i litości - dmucha, dmie i bezwzględnie nami pomiata, zdecydowanie wolniej niżby się chciało pomykamy teraz dolnośląskimi szosami oraz zaułkami Sędziszowej i Świerzawy.
W porze obiadowej wjeżdżamy do Wojcieszowa,
witamy się z przyjaciółmi i znajomymi - pasjonatami gór i jaskiń. Popołudnie to czas na relaks, odpoczynek i rozmowy ze współbiesiadnikami, a wieczór spędzony w kamieniołomie przy ognisku z gitarą i piosenką uatrakcyjnia nieugięte wietrzysko.
Niedziela - czas powrotu, trasę urozmaicamy sobie wjazdem do Centrum Złotoryi i Bolesławca,
Starówki tych dolnośląskich miast zachwycają swą zadbaną, malowniczą architekturą.
Wszechobecny wiatr początkowo wspomaga nas znakomicie, zdarza się też, że jego bezecne podmuchy starają się uprzykrzyć nam podróż ale marny to trud - radość z pokonania kolejnych zimowych "setek" jest mocniejsza od jego psotnych, złośliwych zawirowań!

wtorek, 20 października 2015

Z "Cyklozą" po Krecie

10.2015 



Z cyklozą po KRECIE



  •  
https://www.youtube.com/watch?v=qXe71N5NJ0o

Jedziecie na Kretę! - bezdyskusyjnie oznajmiła pewnego dnia nasza Młodsza .... więc przełom września i października przyszło nam spędzić na tej pięknej greckiej wyspie.
Od początku wiedzieliśmy, że nie będziemy korzystać z komercyjnych propozycji biura podróży, a czas pobytu na wyspie przeznaczymy rowerowym eskapadom. Rezydentka podpowiedziała nam gdzie można wypożyczyć rowery i już pierwszego dnia wybraliśmy się na spacer wybrzeżem wypatrując w ciągu handlowo-usługowym punktu motoryzacyjnego, trafiamy na wypożyczalnię rowerów /10 euro na dobę/, wybieramy pojazdy i od razu wsiadamy na nie zaliczając mały rekonesans /23km/.
Następnego dnia o poranku kierujemy się na wschód, nie precyzujemy dokładnie celu podróży - musimy poznać swoje możliwości w tym zróżnicowanym terenie i ciepłym klimacie.
Słońce jest dziś agresywne, mamy przed sobą teren górzysty, ale o dziwo podjazdy zaliczam bez wysiłku spokojnym tempem, słucham pobekiwania owiec oraz dźwięki dzwonków kóz hasających na mijanych stokach. Pod górę prowadzi nas serpentyna, więc widoki tego co za sobą i przede mną mam jak na dłoni. Z roweru schodzę jedynie po to, by obfotografować mijane miejsca. Podjazd prowadzi nas do malowniczo położonej na wzniesieniu wioski, mijamy jedno lub dwukondygnacyjne bielone murowane domy z odrapanym tynkiem, przed domami kilka samochodów, skutery, przechodząca jezdnię starsza Greczynka cała w czerni, w jednym domu drzwi otwarte więc zaglądam - a tam wnętrze ciemne - taka nora ze stolikiem i prowizorycznym barem  - a! to TAWERNA lokalna! - Grecy od rana zasiadają w tawernach popijając trunki rozmawiają na tematy ważne, medytują ... kobiety nie mają tu wstępu. Opuszczamy wioskę i przed nami zjazd - zawsze zjeżdżam asekuracyjnie i - skanuję obrazy. Początek zjazdu serwuje widoki zapierające dech, nie poddaję się sile zjazdu, lekko naciskam klawisz hamulca i chłonę obrazy, a panorama wzniesień z usadowionymi w dolinach wioskami serwuje nie lada ucztę.
Mamy przed sobą krzyżówkę drogi - w prawo na wschodnie wybrzeże i w lewo ku Milatos, gdyby nie ten słoneczny "solar" z pewnością obralibyśmy kierunek wschodni, no i te podjazdy - jak długo damy radę? Wybieramy - Milatos.
Przed nami lekki podjazd, zakole i znowu mamy bajeczną, tym razem morską panoramę: w dole zatoka, w niej miasto i dalej bezkresne nie wiadomo gdzie połączone z niebem morze, a nasycenie barw w słońcu trudne do opisania!
 Zjeżdżamy w dół serpentyną ku Milatos, droga wprowadza nas w wąskie zaułki domostw, przed domami siedzą Greczynki handlujące kilimami, matami, witają nas przyjaźnie i zapraszają. Miasto ciągnie się z lewej strony wybrzeża więc my w prawo - na bezludzie drogą szutrową, gdzie nie ma już plaży. Brzeg stanowi wulkaniczna ostra masa skalna z głębokimi zakamarkami, nikogo tu nie ma ... musimy się schłodzić.
Delikatnie, by nie pokaleczyć stóp, albo wpaść w widoczną czeluść podwodną zanurzamy się w wodach Morza Kreteńskiego - BOSKO! ciepła woda opłukuje zgrzane słońcem ciała ... chwilo - trwaj!!!
Powrót w uliczki miasta i dalej szutrową drogą tuż nad brzegiem na zachód.
Widok morza, miejsca jego wchodzenia w ląd z dnem groźnym - raz głębokim, raz płytszym - ale zawsze skalistym, zakola nadmorskiego duktu z panującym z lewej strony masywem, wszystko to sprawia, że droga powrotna trwa zbyt krótko!
Dystans tego dnia - 52 km 
Planujemy kolejne miejsce podróży - LASITHI -
Płaskowyż położony na szlaku licznych winnic oraz gajów oliwnych, gdzie życie toczy się z zachowaniem starych tradycji. Idziemy przyjrzeć się innym wypożyczalniom rowerów, znajdujemy dwukół za 5 euro na dobę, znowu przymiarka, dopompowanie, sprawdzenie hamulców, przerzutek, wsiadamy i na jazdę próbną!
Jedziemy awaryjnym pasem wylotowej szosy na Heraklion, lekkie wzniesienia oddalające nas od wybrzeża nie stanowią problemu, dojeżdżamy do tunelu - wjazd rowerami zabroniony - zatem wracamy. /13 km/
    Następnego dnia pomimo braku widoku na schowany w chmurach masyw zaczynamy zdobywanie wzniesień gór Dikti. Zza siatek okalających pobocza szosy od czasu do czasu wyłaniają się łby kóz, a ich dzwonki stanowią muzyczny podkład pedałowania ... i tak do Mochos,
miasteczka z urokliwym niedużym rynkiem pełnym tawern. Przy stolikach siedzą sędziwi Grecy przyjaźnie zaciekawieni naszą obecnością. Obrzeża miasta obsadzone są drzewami oliwnymi, a poza miastem droga wprowadza nas w stromą krainę spowitą chmurami. Jesteśmy cały czas jedynymi rowerzystami i kierowcy mijających nas samochodów unoszą w górę kciuk lub przyjaźnie machają dłonią ... a nachylenie rośnie, podjeżdżamy do tabliczki zwiastującej miejscowość Kera.
Zaraz po fotograficznym postoju zaczyna lać, do najbliższej tawerny 100m, więc szybko podjeżdżamy i zasiadamy pod jej markizą ... czekamy ... Greczynka podająca nam kawę gestem i mimiką informuje, że dziś niebo nie będzie łaskawe, mimo to nie rezygnujemy i kiedy tylko wydaje nam się, że świat jaśnieje wskakujemy na rowery ... 50m pedałowania pod górę i ulewa znowu wymusza postój.
Znajdujemy schronienie pod gęstą koroną drzewa i ... czekamy. Bezruch powoduje chłód - wobec tego rezygnujemy z dalszego podjazdu. Zjazd powrotny do Mochos wysusza nasze ubrania, a moment wejścia na szczyt masywu z którego rozpościera się panorama Wybrzeża z trzema zatokami wprawia w osłupienie. Mamy u swych stóp CUD-krajobraz, chciałoby się zatrzymać i patrzeć -patrzeć - patrzeć, a widoczność tu niemal doskonała - /50km/
   Nie dajemy za wygraną, zięć podaje nam SMS-em prognozę na jutro, przedłużamy wynajem rowerów i następnego dnia robimy drugie podejście - znaczy podjazd ku Lasithi. Znajomość trasy ułatwia pedałowanie, okazuje się, że od Kery nachylenie dochodzi do 13% i już kilkaset metrów dalej muszę zejść z dwukoła, by wyrównać oddech i łyknąć wodę ... zaczynam zastanawiać się, czy nie rozpocząć prowadzenia roweru, ale zawsze - nawet po króciutkim postoju i uspokojeniu oddechu - regeneruję się, podjeżdżam więc na kolejne zakole szosy, a tu - niespodzianka:
spory plac widokowy,tawerna z parkingiem, muzeum i nad tym wszystkim górujące wiatraki.
Wobec tego - foto/postój i radość na widok czekającego nas ostatniego podjazdu - jest łagodny!
Wjazd na Lasithi to droga z dwóch swych stron otoczona kamiennymi murami z osadzonymi w nich wieżami, pozostawiając za sobą ten potężny mur obronny zaczynamy zjazd na płaskowyż.
Droga prowadzi przez kilka miejscowości, do których wiodą nas wąskie uliczki. Znowu dostrzegam zaniedbane nieco domostwa, małe warsztaciki rzemieślnicze z odrapanymi, ciemnymi ścianami wnętrz poza tym pola uprawne, sady i stada owiec, objazd Lasithi to niecałe 30 km.
 
Powrót podjazdem do jedynej tu drogi wjazdowo-wyjazdowej.
Zjazd - wiadomo - znowu bajeczny, na początek schodzę z roweru, by utrwalić fotograficznie panoramę jaka będzie z lewej strony towarzyszyć mi przez chwilę,
a później cały czas daję po hamulcach, by mieć czas na chwytanie obrazów.
Dystans całkowity tego dnia - 74km, długość podjazdów - 35km, przewyższenie - 1300m, największe nachylenie - 13%
Wprawdzie objechaliśmy niewielki skrawek Krety (213 km) podziwiając spektakularne widoki wyspy, ale muszę przyznać rację Kreteńczykom twierdzącym, że człowiek może się tam poczuć jak w raju!

środa, 30 września 2015

Daleko od szosy

IX 2015
Daleko od szosy

  •  
Wrzesień - miesiąc, w którym niemal rokrocznie przyjeżdżamy ku Drawie, dziewicze miejsca wokół rzeki i pobliskiego jeziora penetrujemy korzystając z roweru i kajaka.
Spływ DRAWĄ
Sprzyjająca aura pozwala na organizację odłożonego w czerwcową niepogodę /na wrzesień/ spływu Drawą; z rzeki tej wpływamy do małej rzeczki Mąkowarki, która z kolei wiedzie nas do jeziora Mąkowarskiego. Znamy meandry i otoczenie tej małej strugi, ale to na co trafiamy tym razem po prostu mnie powala - trzcina rozpanoszyła się okrutnie, jej liście pokryte zieloną mszycą bardzo utrudniają manewry wiosłem. Wiele wysiłku trzeba włożyć by pokonać ten gąszcz, długie liście smagają twarz, szyję, ramiona, wchodzą pod pachę, niemal tną skórę, jestem oklejona zieloną mszycą - brrrrrr - trzeba przebrnąć ten kręty zarośnięty odcinek rzeczki - byle szybciej wyjść z terenu mokradeł i zbliżyć do jej leśnego otoczenia. Mimo dwóch przenosek wymuszonych przez powalone drzewa z ulgą podpływamy w okolice mostku, za mostkiem czeka nas kolejna przenoska, jeszcze kilkadziesiąt metrów otoczonych pięknym drzewostanem i wpływamy w wody jeziora Mąkowarskiego. Opływamy jego sporą część, widmo powrotu mnie nie zachwyca, ale okazuje się dużo łatwiejszy i szybszy co wynika zapewne z orientacji i znajomości trasy. Wpływamy do Drawy i teraz pozwalamy, by jej nurt niósł nas powoli i spokojnie - zaliczamy więc spław!
..........
Pierwszy rowerowy 65-kilometrowy wypad leśnymi niejednokrotnie trudnymi, piaszczystymi drogami Drawieńskiego Parku Narodowego spowodowany jest bezgranicznym apetytem na wędzoną sielawę, którą odbieramy w Łasku.
O malowniczości Parku można by pisać wiele, bogactwo przyrody, zniewalające otoczenie Drawy - obrazy, dźwięki i zapachy manipulują wręcz doznaniami przybyszów!
W Barnimiu rzeka udziela nam sielski odpoczynek i schładza zgrzane rowerowym trudem organizmy.
..........
Pozbawiona swej szosówki czuję się nieco niespełniona i marzy mi się rowerowy objazd jeziora. Wiadomo - nie robi się tu dystansów - tylko pokonuje wymagający teren wokół akwenu.
A więc w drogę! Mam zakodowaną w pamięci tę trasę, wszak kilkakrotnie obeszłam jezioro i wiem, że poza szerokimi leśnymi duktami czekają nas grząskie i wąskie ścieżynki wśród gęstwin młodego drzewostanu i chaszczy. Po pokonaniu takich właśnie miejsc docieramy wprzódy na pole namiotowe, tu krótki postój na wzrokowe zeskanowanie obrazów! Odpoczynek treściwy, ale i krótki - przemierzamy niewielki odcinek leśny i nagle naszą grząską trasę przecina rzeczka. Mostek jest przy dukcie głównym ... spoglądamy w lewo na zakole rzeczki i widzimy powalone drzewo. Coś dla mnie - trzeba się tylko do niego dostać pokonując podmokły teren zarośnięty dziką roślinnością i pokrzywami, taszcząc rower docieramy do powalonego pnia.
Przejście na drugi brzeg to sama frajda!
Wjeżdżamy na teren ośrodka z kilkoma domkami i bogatą bazą wypoczynkową...
Znowu postój na skanowanie obrazów i kierujemy się ku przyjeziornej dróżce. Wyjazd z ośrodka nie jest już tak łatwy jak wjazd, przed nami pojawia się prowizoryczna brama i zamknięta kłódką furtka. Na szczęście jest możliwość uniesienia siatki i przeczołgania się pod bramą.
Wyjazd piaszczystą drogę pod górę i mamy asfalcik, wjeżdżamy do Cybowa. Tu zapada decyzja o powrocie nową szutrówką do mostku i dalej leśnym duktem do Rościna.
..........
Wymagające tereny, jazda rowerem leśnymi wertepami to wysiłek zupełnie inny od pędu szosą po asfalcie.

niedziela, 9 sierpnia 2015

343 km na RUBINOWE GODY

08.2015 
343 km na RUBINOWE GODY

https://www.youtube.com/watch?v=TmVktCt1LtQ


Wakacje, wakacje - idealny czas na harce z wnukami, harcuję więc sobie z najcudowniejszą TRÓJKĄ dzieci w Niechorzu dokąd zostałam zawieziona pojazdem czterokołowym. Marzy mi się powrót na dwukole co sugeruję memu mężowi w rozmowach telefonicznych. Dosłownie w ostatnich minutach wyjazdu córki z zięciem z Żagania orzekamy, że jednak drogę z Niechorza do Żagania przepedałujemy rowerami, późnym popołudniem długo oczekiwani bliscy zjawiają się w zamieszkałym przez nas nadmorskim domku.
Teraz myśli nasze i rozmowy wirują wokół wariantu trasy. Wiem, że czekający nas dystans to nieco-ponad 340 km  i jestem przerażona sugestią męża, by przejechać tę trasę jednoetapowo. Skłonna byłam na dwudniówkę, ewentualnie można by wypedałować 300 km do Zielonej Góry i stamtąd koleją dojechać do Żagania, ale moja Połowa zapewnia mnie, że dam radę, a i na trasie zawsze można zweryfikować plany. Dopiero nadanie podtekstu czekających nas zmagań wpływa na moją zgodę /Rubinowy Jubileusz / - OK! Córki nie komentują naszej decyzji, ale widzę trwogę w ich oczach ... zapewniam więc, że nie będziemy szarżować, będziemy ostrożni i SMS-y słać będziemy (jakże je rozumiem!)
2 sierpnia 2015, godz 1°° dźwięk budzika wzywa do opuszczenia legowiska, 40 minut później opuszczamy nadmorskie Niechorze.
Mijamy wracające chodnikami pary z tanecznych knajpek, a jezdnią wyprzedzają nas taksówkarze odwożący wczasowiczów na spoczynek. Jest to moja pierwsza jazda nocą, ale pierwszy jej etap pokonuję swobodnie, gdyż znam trasę z Gryfickich Maratonów Szosowych , kilkakrotnie byłam ich uczestnikiem. Szerokim łukiem od czasu do czasu wyprzedzają nas samochody, jeden kierowca już po sporym wyprzedzeniu klaksonem przesyła nam pozdrowienia, zdumiona jestem odbiorem tego dźwięku - za dnia pewnie uznałabym, że to niecierpliwy "pan szos" okazuje swą niechęć rowerzystom - świat nocą ma zupełnie inny wymiar!

Znane uliczki Gryfic szybko wyprowadzają nas z miasta, kierujemy się teraz na Nowogard. Nazwy wiosek nie zawsze udaje mi się odczytać, panująca ciemność ogranicza też odbiór zróżnicowanej tu nawierzchni, ale poświata księżyca pomaga w wizualnym odbiorze okolicy. Czuję intensywny zapach dojrzewających zbóż, panuje bezwietrze i głęboka cisza, wszystko śpi, odpoczywa ...
Do Nowogardu wjeżdżamy o godz 4-tej, szybko przemierzamy oświetlone, puste miasto i kierujemy się na Stargard Szczec. Drogi przecinające lasy napawają mnie niepokojem, nasłuchuję, wypatruję i marzę o świcie. Tuż przed Długołęką dostrzegamy przed sobą przebiegające jezdnię młode dziki, w pobliskich szuwarach słyszymy szelest zwierza (pewnie lochy), nie zmieniamy tempa jazdy, spokojnie opuszczamy ciemne i mroczne lasy, mamy przed sobą zabudowania i ku mej uciesze świat leniwie i powoli zaczyna jaśnieć. W Godowie przy jednej z zagród bociany w swym gnieździe rozpoczęły poranną toaletę, czeszą opierzenie na powitanie dnia, na styku nieba z ziemią dostrzegam różową poświatę - zaraz nastanie świt!
Panorama Stargardu z dali zachwyca, strzeliste wieże kościołów, Kolegiaty, Bramy Młyńskiej i Bastei  podpowiadają, że to gród zacnie wpisany w dzieje Rzeczypospolitej, nie zwlekając opuszczamy gród i kierujemy się ku Strzelcom Kraj. Zaczynam rozglądać się za stacją paliw, nie znajdujemy jej na swej trasie więc poza Dolicami na polnej drodze zatrzymujemy się na pierwszy popas. Wschodni wiatr spowalnia nas trochę i zmusza do wysiłku. Pozostawiając za sobą Pełczyce /znane mi z "Pętli Drawskiej"/, Trzęsacz i Bronowice opuszczamy województwo zachodniopomorskie, wjeżdżamy w lubuskie i to sprawia, że kiełkująca dotąd wiara w dzisiejsze pokonanie całej trasy zaczyna zapuszczać korzenie.
Strzelce Krajeńskie i drugi popas, tym razem kawowy w pierwszej napotkanej knajpce z ogródkiem. Od tego miasta droga wiodąca nas do domu jest mi bardzo dobrze znana, ale zza szyby samochodu /przez Strzelce przejeżdżamy kilka razy w roku/, teraz czas jazdy urozmaici mi odliczanie mijanych miejscowości, a więc najpierw - Skwierzyna.
Jest jasno, płasko, temperatura powoli rośnie, szosa nieco kręta o dość dobrej nawierzchni, jedynie ten wschodnio-południowy wiaterek mógłby nam odpuścić, ale nie chce!
W samo południe wjeżdżamy na rondo z pomnikiem Wł. Jagiełły w Skwierzynie. W przydrożnym barze zamawiamy obiad, jest ławeczka - po 217 km można sobie w cieniu poleżeć, rozprostować nogi i kręgosłup. Rosołek z domowym makaronem smakowicie napełnia żołądek, ryż z piersią "wchodzą" bez problemu, z pewnością dodadzą energii, organizm schładzamy zimnymi napojami, a ciało zimną wodą w przybytku knajpeczki.
Czas ruszyć na Międzyrzecz, jedziemy oczywiście starą "trójką", ruch nie jest zbyt duży mimo to kilka km przed miastem wjeżdżamy na ścieżkę rowerową prowadzącą nas do rozkopanego centrum miasta. Pustymi o tej porze chodnikami, ignorując objazdy dojeżdżamy do rogatek miasta i teraz mocno nasłonecznioną obwodnicą zaliczając wyczerpujące podjazdy i spowolnione wrednym zefirkiem zjazdy kierujemy się na Świebodzin. Dopada mnie kryzys, podjazdy zaliczam w leniwym i ślimaczym tempie, dbam o równy i spokojny oddech, nie łapię tempa małżonka - kiedy do niego dojdę, zaraz odpuszczam, zwalniam i zostaję. Temperatura przekracza 30°C, od czasu do czasu wodą z bidonu polewam twarz i zgrzane palce stóp, mąż proponuje dojazd do Sulechowa i odłożenie podróży na następny dzień.
- O! Nie!! Odpada!!! - może wolniej ale dojadę! Zbyt dużo już dałam z siebie by rezygnować z realizacji dzisiejszego wyzwania. Nietoperek, Kaława, Jordanowo i mamy Świebodzin.
Lubię z oddali wpatrywać się w posąg Najwyższego, w mieście focimy się w Jego tle i na - Sulechów! Kryzys powoli odpuszcza, a smakowite lody z owocami i kawą w Kalsku zdecydowanie poprawiają samopoczucie. Sulechowska "trójka" serwuje kierowcom korek, korzystając z przywileju powoli wyprzedzamy samochody prawym bokiem jezdni. Nie wszyscy pozwalają na ten manewr i trzeba zejść na pobocze, ale oto jest DDR-ka i teraz do mostu w Cigacicach pomykamy z werwą i lepszym tempem. Temperatura odczuwalnie spada, wiaterek ulitował się i nie spowalnia więc dostaję chwilowego powera. Zielonogórskie ścieżki dość sprawnie przeprawiają nas przez miasto, oddajemy krótki postój Bachusowi.
Przed nami ostatni etap drogi: jest Ochla, Brzeźnica, w Karczówce zaczerwienione słońce powoli zbliża się ku linii horyzontu i "Jubileuszowa Trasa" dobiega końca - mamy wjazd do Żagania o  pięknym czerwonym zachodzie słońca!
Dałam radę! przebrnąć trasę tak jak i 40 lat u boku mężczyzny, któremu w sierpniu 1975 r powiedziałam sakramentalne TAK.

Wysiłek to zaiste niemały, ale wielce satysfakcjonujący!!!