czwartek, 30 lipca 2015

Ściganko na "Pętli Drawskiej"

07. 2015
Ściganko na "Pętli Drawskiej"


  •  
Rywalizacja i ściganie nie są moją mocną stroną, mimo to zaliczenie trasy MEGA /152 km/ Choszczeńskiego Maratonu Rowerowego "Pętla Drawska" pozwoliło na zaznanie frajdy, radości i satysfakcji.
Okolice Drawy, rzeki przy której spędzamy czas wolny i którą niemal corocznie od lat 70-tych spływamy są szczególnie bliskie sercu, obrazy nieskażonej dziewiczej szaty roślinnej pełnej zwierzyny, wzbogaconej odgłosami ptactwa usadowionego wokół niezliczonych tu jezior cieszą oko i serwują komfortowy i bezkonkurencyjny wypoczynek.
Tydzień przed maratonem to czas nieustającego niepokoju o aurę, prognozy wciąż zapowiadały opady, ale z każdym dniem ich nasilenie miało maleć.
Sobotni świt 20 czerwca 2015 r wita nas promykami słońca, a więc z optymizmem jedziemy do Choszczna na X Pętlę Drawską. Już przed startem następuje pożegnanie ze słoneczkiem, niebo zakrywają chmury, na szczęście - nie pada!
Startujemy prawie równocześnie, małżonek rusza 3 minuty przede mną, zaraz za Choszcznem czeka na mnie i teraz już w zgranym rytmie koło w koło niczym ramię w ramię pokonujemy trasę, która jest szczególnie etapowa:
Choszczno - Drawno - Kalisz Pom - Drawsko - Łobez - Ińsko - Recz - Choszczno.
Bardzo dobrze znana mi trasa a i wielce lubiana!
Każde miasto na swych rogatkach serwuje nam drobniutkie i minimalne deszczozroszenie, które nie wiedzieć kiedy - znika, pierwsze etapy jedziemy sami. Malowniczy teren pełen wymagających podjazdów, po których nastają piękne-kręte-nadające imponującej prędkości zjazdy to godne zapamiętania i wzmianki drogi o dobrej nawierzchni wprowadzające nas do Drawska Pomorskiego. Przed wspomnianym grodem dochodzi nas grupa 6 młodych-rosłych mężczyzn, podpinamy się do nich i teraz ten zapowiadany najtrudniejszy odcinek od Drawska Pom do Łobez, a nawet dalej - do Węgorzyna staje się swobodną jazdą w grupie. Panowie dają sobie zmiany,trzymają tempo jednolite, bez szarpania i zrywów - full serwis asekuracji i wspomagania! Niekiedy nawet pozwalają i nam poprowadzić ... ba! nawet i mnie się udaje wyjść na czoło z nadzieją, że przecież chłopcy nie pozwolą by starowinka ich zbyt długo prowadziła, ale jestem w błędzie - idą potulnie przez jakiś czas za mną i nie zamierzają tego zmieniać ... no cóż? w końcu mam pierwszeństwo z racji płci i wieku. Staram się jak mogę w tym prowadzeniu grupy, by nie dać plamy, pierwszy lituje się nade mną małżonek, a gdy powraca mi power - znowu wychodzę na czoło i wreszcie po niedługim czasie widzę kątem lewego oka rosłego młodziana wchodzącego na prowadzenie. Ta fajna, zgrana jazda trwa do punktu żywieniowego w Węgorzynie, tu dwójka ambitniejszych w biegu pobiera bułki, banany i prawie bez zatrzymania spiesznie nacisnęli naprzód, ja pałaszując banana podaję bidon do napełnienia przemiłej Pani z obsługi wyrażającej troskę pojawiającym się deszczykiem i informującej nas, że jeszcze tylko 50 km. Biorę w rękę drożdżówkę i w powolnym tempie konsumując ją kontynuuję jazdę, po chwili kolejna dwójka naszej grupy wyprzedza nas ostrym tempem - nie damy rady im towarzyszyć, jedziemy znowu sami pozostawiając na pnkt żywieniowym trzecią dwójkę naszej grupy.W okolicach Recza wyprzedzamy duet ze Świnoujścia, ale po kilku km z kolei oni nas połykają z przyjaznym i wesołym komentarzem:
-" Wy to się w korcu maku pewnie znaleźliście! " ... po jakimś czasie dochodzimy do nich i trzymamy się koła, w Reczu wyprzedzamy drugą dwójkę chłopaków z naszej grupy, a za miastem świnoujski duet daje nam prowadzenie i wtedy zapowiadany deszcz bezlitośnie moczy nawierzchnię, nas i cały świat wokół. Trzeba teraz włączyć czujność - jest ślisko! Mając na plecach jednego maratończyka wjeżdżamy do Choszczna, prowadzę ulicami miasta, rondem, wreszcie zdobywam ostatni podjazd w centrum, delikatnie biorę zakręt w lewo i wciąż zdana na kurtuazyjne pierwszeństwo wpadam w dmuchaną bramę mety kończąc trasę MEGA pokonaną w czasie 5h i 42minut.
Wita nas tu dwójka najszybszych z naszej grupy, są ciekawi co z resztą chłopaków, dziękujemy sobie wzajemnie za pomoc i współpracę. Panująca wokół euforia sprawia, że wszyscy się do siebie uśmiechają, wszyscy sobie gratulują, zawsze jest to dla mnie najprzyjemniejszy czas Maratonu właśnie ze względu na wielce wyczuwalną i wszechobecną empatię.
Organizator serwuje zawodnikom obiad w szkolnej stołówce, grill nad jeziorem,
który urozmaicony jest ucieczką "gdzie się da" przed kolejną ulewą tego dnia.
Nadchodzi czas dekoracji - odbieram 2 puchary, jeden za 
I m-ce w kategorii Open Kobiet dystansu MEGA/152 km
i swojej kategorii wiekowej ...
Otrzymane trofea zawdzięczam najbardziej swemu mężowi, który wspaniale mnie prowadził!
Udział w Choszczeńskim Maratonie ze względu na panujące wówczas kaprysy pogodowe to niewątpliwy atrybut i satysfakcjonująca atrakcja naszego tygodniowego urlopu nad Drawą, a tegoroczny spływ musi poczekać na lepsze warunki atmosferyczne - może we wrześniu?

niedziela, 7 czerwca 2015

Z Łabą szlakiem Elberadweg

    Z Łabą szlakiem Elberadweg


W kwietniu ub r. zjeżdżając w Hrensku ku granicy niemieckiej ujrzałam przed sobą panoramę krętego koryta Łaby, co wprawiło mnie w niezapomniany zachwyt i trwając w tym zachwycie i JEJ towarzystwie wespół z małżonkiem pognałam dalej do Meissen wklepując w zakamarki pamięci niepowtarzalne obrazy Saksonii. Było to pierwsze rowerowe spotkanie z rzeką, 
https://cyklistka.blogspot.com/2014/09/
a we wrześniu tamtego roku podczas wyprawy do Berlina przez Pragę doszło do ponownego spotkania z Łabą - tym razem w Melnik przy dopływie Wełtawy.Takie fascynacje pozwalają tworzyć nowe wyzwania i plany, bo skoro trasa w towarzystwie rzeki została przerwana, dobrze byłoby przemierzyć jej dalsze koryto. Plan trasy jak zwykle opracował małżonek i 2 czerwca w późnych godzinach wieczornych załadowaliśmy szczelnie owinięte rowery do busa wbrew groźbie - "na drugi raz nie zabiorę" - skwaszonego i bardzo nieuczynnego kierowcy. Noc w busie jest trudną formą odpoczynku, ale nie beznadziejną - jak się okaże ;)
3.VI.2015 

248km 

Wczesnym rankiem wjeżdżamy do Hamburga
uwalniamy rowery z folii i o 5,30 rozpoczynamy swą trzydniową włóczęgę z Łabą szlakiem Elberadweg.
Dość szybko wyjeżdżamy z miasta i od razu wpadamy w ścieżkę otoczoną szpalerem drzew,najczęściej kwiatem obsypanej akacji, za którymi pojawiają się pola uprawne, osiedla willowe, a i zarośla. Droga oznakowana tabliczkami informacyjnymi o siedliskach ptactwa wszelakiego co potwierdza ich słyszalna i widoczna obecność.
Nawierzchnia i sprzyjający wiatr pozwalają pomykać szybciutko, opuszczamy zaciszne otoczenie i wpadamy na nadrzeczne wały. Jedziemy albo jego grzbietem albo drogą poniżej nasypu, która łączy rozrzucone tu w sporej odległości zabudowania hodowców owiec i rolników.
Stada owiec wypasujących się na nadrzecznych łąkach i wałach mijamy bardzo często, lubię słuchać ich pobekiwanie i przyglądać się zwłaszcza tym najmłodszym. Niespotykane na co dzień widoki czmychających na naszą obecność zajęcy, brodzących leniwie bocianów, nawet niezlęknionych bażantów uatrakcyjniają pedałowanie - jakże widoczna jest tu troska o naturę! .
W Wittenberge w McD zaliczamy mały popas, a w markecie robimy zakupy i już wiemy, że dzisiejszy dystans będzie spory. Zbliża się godz 18-ta  - zaczynamy poszukiwanie noclegu - pierwszy pensjonat niby czynny, ale dopukać i dodzwonić się nie można, więc jeszcze kilka km pedałowania, w kolejnym miasteczku pensjonat z kompletem gości ... trzeba dokręcić jeszcze 10km i tak po pokonaniu 248 km zostajemy ugoszczeni w przytulnym pensjonacie w Jerichow. 
4.VI.2015 

198 km

godz. 7,30  jak to zazwyczaj bywa z werwą rozpoczynany II etap naszej rowero-włóczęgi szlakiem Elberadweg. Do miasta Burg docieramy szybko i sprawnie, ale od teraz zacznie się błądzenie, jazda na czuja i szukanie swej drogi, a mi najbardziej w tej ciuciubabce brakuje obecności Łaby. Oczywiście po "jakimś czasie" odnajdujemy swój szlak,
dwukrotnie przepływamy rzekę promem /Aken-Elbe oraz Coswig/, a przed Magdeburgiem kręta asfaltowa wstęga wprowadza nas w piękną krainę pół ubarwionych makami, rumiankiem i chabrem pachnących żytem i świeżo skoszonych traw, widoczne w oddali zaznaczone szpalerem drzew koryto naszej rzeki sprawia, że czujemy się zupełnie oderwani od kipiszu motoryzacyjnego i wielkomiejskiego. Urzeka nas też drewniana zadaszona kładka, na której sporo rowerzystów przechylonych przez barierkę obserwuje ryby imponujących rozmiarów pojawiające się od czasu do czasu w nurtach rzeczki.
Objeżdżamy rogatkami Magdeburg, w mniejszych miejscowościach place i uliczki pokryte brukiem nakazują spowolnienie, ale też możliwość przyjrzenia się zabudowaniom i ciekawej architekturze. Ścieżki na dzisiejszym dystansie mamy o zróżnicowanej nawierzchni: od kostki przez betonowe płyty po gładziutkie asfalty, choć i zdarzają się leśne szutrowe wąskie ścieżynki.
W Lutherstadt Wittenberg dość szybko odnajdujemy uroczy pensjonat, lokujemy się i po odświeżeniu idziemy na kolację i długi spacer podziwiając zabytki grodu,
jest to miasto reformatora religijnego Martina Lutra, który w przedsionku Kościoła umieścił swe tezy jeszcze przed wysłaniem ich do biskupów niemieckich.
5.VI.2015 

186km

Piątkowy poranek serwuje nam przeciwny wiatr i nie zmieni się jego kierunek do końca dnia, pogoda też zdecydowanie się poprawia i zapewni nam gratisowe solarium.
W Pretzch Elbe w oczekiwaniu na prom, który przeprawi nas na lewy brzeg schładzam nogi w nurcie Łaby. Rzekę dopiero teraz otulać zaczynają delikatne wzniesienia, a jej koryto staje się kręte. Zdarzają się też miejsca oddalone od rzeki, ale dzięki jej bliskości mocno zawilgocone, osłonięte pachnącymi akacjami i serwujące nam ulgę od słońca, a rechot żab zagłusza wszelkie dźwięki otoczenia - to niczym koncert w klimatyzowanej filharmonii!
Na stacji paliw w Torgau serwujemy sobie krótki odpoczynek, łańcuchy wymagają odświeżenia, przy okazji i my schładzamy się lodami. Walcząc wciąż z wiatrem wjeżdżamy do Riesy,
mostem wracamy na prawy brzeg Łaby i dalej opierając się zefirkowi krętymi, nadrzecznymi DDR-ami mocno zgrzani słońcem docieramy do Meissen ...
TU - pożegnanie z rzeką ... i kierujemy się na wschód. Po małych zawirowaniach docieramy do Tauschy, lokujemy się w małym tanim pensjonacie bez serwisu kulinarnego i mediów co zupełnie nam nie przeszkadza, bowiem jesteśmy na to przygotowani. Jeszcze przed snem szykuję kanapki na śniadanie, by rano nie tracić czasu i w miarę wcześnie rozpocząć ostatni etap rowerowej wędrówki.
6.VI.2015  

 138km 

Sobotnim bardzo wczesnym porankiem opuszczamy senną wioskę, dziś mamy wiatr w plecach, ale i zapowiadane upały powodują, że spiesznie wracamy do domu. Ten etap trasy mamy przejechany wielokrotnie, co powoduje złudzenie szybszego jej pokonania i rzeczywiście - o godz 10-tej w Bad Muskau przekraczamy granicę,
a ostatnie 40 km mimo wzrastającej temperatury, paskudnej nawierzchni bo odczuwalnej już w wiadomych miejscach ciała /nadgarstki-nadgarstki!!! ;) / i sporego ruchu "blachopuszek" pokonujemy z uczuciem ogarniającej nas powoli euforii i satysfakcji.
ELBE - zdobyta!
Zdobyta?
Ejże ... a gdzie odcinek od Melnik do źródła rzeki?

piątek, 15 maja 2015

... ku WIŚLE

maj 2015 

... ku Wiśle



.

  •  
Po ostatniej wyprawie do Świnoujścia uwierzyłam że dystanse ponad 250-kilometrowe są osiągalne i kiedy małżonek rzucił temat: Babimost - Ciechocinek ucieszyłam się podwójnie!
Pierwsza ma radość wynikała z wewnętrznej wiary w bezproblemowe przepedałowanie zapowiadanego dystansu, natomiast drugą mą radością była Wisła. Już dawno zalęgło się w mej głowie ciche pragnienie, by ku niej pomknąć swym dwukołem.
10 maja o godz 5.20 
- rano pełna optymizmu wpinam swe buty w pedały, rozsiadam na siodełku i rozpoczynam kręcenie tysięcy kółeczek.
Asfalt jest pełen kałuż po nocnych deszczach, ale poranny spokój pozwala na dobre tempo. Początkowo towarzyszy nam stabilna pogoda i przyzwoite asfaltowe drogi, pomykamy sobie lekko wielkopolskimi miastami, wioskami polami i lasami. Majowa soczystość zieleni oraz intensywność żółci rzepakowej fascynują i sprawiają, że trasa nie jest nudna. Niebo zaciągnięte ciężkimi chmurami z rzadka pozwala na serwis słoneczny, z czasem rośnie siła wiatru i co ważne - nie przeszkadza!
Trasa prowadzi nas drogami lokalnymi, a więc bywa różnie: od gładziutkich niczym masełko nawierzchni poprzez wyszczerbione i dziurawe asfalty, a i trafiają się leśne ostępy (Głęboczek - Dąbrówka Kościelna). Powoli zaczynam lubić takie atrakcje choć wiadomo, że cienkie opony mej szosóweczki zdecydowanie - NIE, ale różnorodność nawierzchni pozwala na zmianę tempa, spowolnienie i koncentrację w manewrach barankiem ;).

Mijamy rogatki Poznania, a poza granicami Kiszkowa, na 140-tym kilometrze przy niewielkiej stacyjce benzynowej robimy popas. Jestem mocno zdziwiona, że nie serwują tu kawy, ciepły płyn rozgrzałby trzewia ... trudno! Cały zapas wiktu pochłaniamy z apetytem. Termometr wskazuje 10°C więc ponownie ubieramy kurtki, pod kask naciągam kaptur bluzy i - w drogę! Zapowiadana siła wiatru zaczyna być odczuwalna - jest już naszym sprzymierzeńcem, ale też i spada temperatura, a o dogrzaniu słonecznym nie ma co marzyć.
Wjeżdżamy w województwo kujawsko-pomorskie i na początek trafiamy do ...
a pobliską Wenecję omijamy ;D
Jest tu sporo miejsc związanych z piastowską historią Polski, w Marcinkowie Górnym przed Gąsawą pojawia się śnieżno-biała postać teścia św. KingiLeszka Białego na równie białym rumaku
więc postanawiamy fotograficznie utrwalić miejsce Jego nagłej bratobójczej śmierci.
W Inowrocławiu robimy jeden foto-postój przy tablicy miasta, a poza jego murami bezskutecznie wypatrujemy stacji paliw lub chociażby wiejskiego sklepiku. Droga prowadzi nas bezusługowymi obrzeżami miejscowości i dopiero w Parchaniu dostrzegam malutki sklepik. Tu, doładowana energetycznie z nowym zapasem wody w bidonie, świadoma że przed nami jeszcze tylko 30 km odczuwam poprawę nastroju i rosnący animusz! Wiatr też serwuje zdecydowane wspomaganie, zmieniam przełożenie na szybką jazdę i kręcę bez oznak zmęczenia jakbym tych 235 km nie miała już poza sobą! Jest się czym cieszyć, ale na ostatnich kilometrach przed Ciechocinkiem sprzyjający nam dotąd wiatr zaczyna pokazywać swą siłę z przeciwka. Młynkuję teraz pedałami, o lekkim kręceniu nie ma mowy, więc zdecydowanie spowalniam i nie walczę z wiatrem - mam świadomość, że teraz to już tylko wydłużona w czasie bariera dzieli nas od celu podróży. Z taką sytuacją wieńczącą metę miałam już nieraz do czynienia więc pokornieję.
Jest godz. 17.20, po dwunastogodzinnej podróży pojawia się tablica z napisem: Nowy Ciechocinek.
Jesteśmy!
Foto-postój i wjazd w uliczki kurortu, zlokalizowanie domu oczekujących nas przyjaciół.
Serdeczne powitanie, radość, euforia ze spotkania i pokonanego dystansu
Bryton pokazuje  265 km  i jest to nasz jednodniowy rekord!
Spędzamy czas przy suto zastawionym stole, w serdecznej, przyjacielskiej atmosferze pełnej zabawnych, ale nie pozbawionych wspólnych wspomnień rozmów. Pragnę zobaczyć Ciechocinek w wieczornej i nocnej szacie i nie ukrywam tego przed gospodarzami.
Przyjaciele zawożą nas wprzódy do ruin zamku biskupów kujawskich w Raciążku n/Wisłą, tam stąpając po ruinach z wysokiej skarpy podziwiamy bezkresną panoramę Ciechocinka. Następnie już prosto do kurortu, ku tężniom i przecudnym parkiem z barwnymi fontannami omijając wiadomy grzybek wracamy "do domu".
Poniedziałek to dzień turystycznych atrakcji, kolega pokazuje nam wszystko co musimy tu zobaczyć, senną Nieszawę z ogromną Wisłą u jej stóp koduję nie tylko fotograficznie.
Nastaje wtorkowy poranek i mimo protestów gospodarzy o godz. 7-mej jesteśmy gotowi do dalszej jazdy, pożegnaniom jak zawsze towarzyszy łezka wzruszenia, ale rady nie ma - potrzeba podróży jest silniejsza.
Dziś - 12maja - do Torunia /31 km/
Byłam tu tylko raz i zupełnie nie znam miasta. Na początek mamy Wisłę, wjeżdżając na most z daleka dostrzegam jej szeroką wstęgę i radośnie szepczę : WISŁO - WITAJ!
Tu serdecznie powitani przez kuzynostwo, mamy szczęście: Kuzyn - torunianin miłośnik historii pokazuje perełki grodu, ubarwiając je swym komentarzem krótkim, barwnym acz rzeczowym.
Zwiedzanie perełek grodu zajmuje nam kilka niezapomnianych godzin, kto zwiedzał Toruń - wie, że nie sposób wymienić oglądanych miejsc, by nie przeoczyć choćby jednego! 
A przecież wzruszająca wizyta u CIOCI nie mogła zostać pominięta!
Mogłam też zapalić płomyk pamięci na mogile stryja ...
Bogata w doznania i pełna wzruszeń obecność w tym bogatym kulturowo i duchowo mieście -  wzbogacona rodzinnym afektem - zwieńczona została wieczornym wypadem na drugi brzeg Wisły, gdzie z zachwytem mamiłam oczy oświetlonymi konturami urbanistycznej rzeźby Torunia odbitymi w nurcie Wisły - MAGIA i BAJKA!
Wieczór to też czas na bezcenne rodzinne wspomnienia i dysputy przy suto zastawionym stole.

Dziękuję naszym Krewnym i Przyjaciołom za opiekę, serdeczną gościnę i okazane serce, to też i dzięki Wam
odwiedziłam na swym dwukole  Wisłę i spełniłam swe kolejne marzenie

czwartek, 30 kwietnia 2015

Dwudniowe 450 km z Nysą Łużycką i Odrą od Forstu do Świnoujścia

  •  kwiecień 2015


450km z Nysą Łużycką i Odrą


Nowy sezon - nowe wyzwania ...Uwikłani własnymi oraz rodzinnymi zobowiązaniami nie czynimy precyzyjnych planów, pragniemy aby i w tym roku wypedałować kilka konkretnych tras, a jedna z nich od lat czeka w "szufladce wyzwań". Szlak rowerowy Liberec - Świnoujście wzdłuż Nysy Łużyckiej i Odry jest znaną trasą pasjonatom turystyki rowerowej. Jej fragment od Liberca do Eisenhuttenstadt pokonywaliśmy kilkakrotnie na różnych odcinkach, nadszedł czas, by przepedałować górny odcinek - od Forstu do Świnoujścia.W pierwszym dniu planujemy dystans ok. 200 - kilometrowy, tak by na drugi dzień pozostawić sobie etap nieco krótszy /okaże się ;) /
 202 km 

23 kwietnia 2015 r  w czwartkowy wczesny poranek po obiado-śniadaniu wsiadamy na swe rowerki i nabywając drożdżówki w mijanej piekarni kierujemy się ku kolei.
Wsiadamy do pociągu relacji Żagań - Forst, podróż to dobry czas na posiłek - spożywam drożdżówkę, popijam kawą - jestem GOTOWA!  
W Forst jesteśmy o godz. 6.25 i pięć minut później rozpoczynamy swą rowerową wyprawę.
Asfaltowa ścieżka rowerowa na wale Nysy Łużyckiej, bezwietrze i temperatura na granicy +/- to warunki sprzyjające szybkiej i komfortowej jeździe. Początkowo lodowate powietrze mrozi unieruchomione na baranku palce rąk, ale nie zaprzątam sobie głowy tym chwilowym dyskomfortem, po pokonaniu kilkunastu kilometrów odczuwam tę nieszczęsną drożdżówkę, a od Guben północno - zachodni wiatr zaczyna sobie z nami nieźle pogrywać! Ale nic-to, wszak naładowaliśmy swe akumulatory do granic możliwości więc wysiłek pedałowania połączymy z walką z zefirkiem.
Trasa nie jest trudna, można swą uwagę skierować na mijane widoki, porównywać nadbrzeża Nysy - te w bezpośredniej bliskości - niemieckie i z drugiej strony rzeki - nasze. Tu przeważają łąki, u nas nieużytki pokryte chaszczami i dzikim krzewostanem. Rzeka z niskim stanem wody bez śladu nawet najmniejszego transportu, niekiedy tylko zauważalna jest obecność miłośników wędkowania. Szlak rowerowy prowadzi nie tylko tym malowniczym nadrzecznym wałem, od czasu do czasu wpadamy do wiosek i miasteczek. Tu opustoszałe chodniki przeznaczone dla cyklistów pozwalają szybciutko pomykać bez troski o wypadnięcie z trasy, a przy okazji pooglądać schludne obejścia.
Wjazd do Frankfurtu n/Odrą to wspaniały zjazd krętą drogą z pochyleniem 6% - to lubię, asekuracyjny chwyt klawiszy hamulca, spore nachylenie ciała i - HAJDA! - przed siebie.  Wyjazd z miasta i .... a ku-ku! ... jest ODRA!!!
Znam te widoki z okolic Brzegu Dolnego, Gubina i Krosna Odrz - teren zupełnie płaski z korytem sporej rzeki. Jest jednak coś nowego w odbiorze roztocza rzeki. Krzyk, śpiew i trel wszelakiego ptactwa brzmi dosadnie i donośnie tworząc tło muzyczne temu co wokół - PIĘKNIE! można kręcić. Komfort jazdy daje możliwość podziwiania mijanych miejsc i jest niewymiernym atutem dzisiejszego rowerowania.

Zatrzymujemy się jedynie po to, by zrzucać z siebie warstwy odzieży oraz na popas. Na 160-tym kilometrze zaczynam tracić prąd, sponiewierana zacnie wiatrem i dystansem nie przestając kręcić zaczynam wypatrywać ławeczki. Ławeczki są moją NADZIEJĄ, BALSAMEM i LEKIEM na cielesne trudy jazdy i gdy tylko odczuwam męczące mnie przegrzanie w plecach i niemoc kręcenia od razu pojawia się pragnienie ujrzenia ŁAWECZKI. To na niej natychmiast po odpięciu się od roweru układam w poziomie swe umęczone ciało i leżę wpatrzona w to co nade mną, opanowawszy też do perfekcji sztukę konsumpcyjną w pozycji horyzontalnej leżę tak sobie błogo, jem i piję i poddaję się odnowie biologicznej.
Lubię te chwile ... ta laba trwa ok 15 minut, teraz można wstać, ogarnąć się i - w drogę. Dojeżdżamy do mostu,
przekraczamy granicę i mamy Cedynię. Telefonicznie namierzamy pensjonat, zakupy na kolację i śniadanko (bo pensjonat nie serwuje posiłków) i kierunek - Piasek, wioska na trasie Cedynia - Krajnik. Na miejscu małżonek zapewnia mnie, że 202km nakręcone, zapisuje trasę i ładuje nawigację na jutro. Zachwyceni DDR-ami postanawiamy zmienić też trasę w nawigacji z wcześniej zaplanowanych dróg asfaltowych łączących miasta na ścieżki rowerowe (zapłacimy za tę decyzję) 
24.IV.2015 /piątek/

 247 km 

To już norma - budzi mnie wczesny świt, zaczyna się gonitwa myśli i teraz już nie ma szans na najmniejszą drzemkę, wstaję, odgrzewam ze słoika obiado-śniadanie, jemy-pijemy wszystko czym dysponujemy i w drogę. Do Krajnika podjazd dość spory, ale nietrudny. Przed przekroczeniem granicy zakupy na drogę, bo u nas prościej, łatwiej i szybciej, pijemy sok pomidorowy i powrót na sąsiedzkie DDR-y.
Na niemieckiej stronie zgodnie z planami trzymamy się ścieżek dla rowerów, w Schwedt/Oder wjeżdżamy w nadbrzeżny szeroki piękny pas asfaltowy przeznaczony dla cyklistów i rolkarzy, koryta wodne mamy z obu stron, nie wiemy, że wjechaliśmy w Nationalpark Unters Odertal i nie jesteśmy na swojej trasie.
W pewnym momencie ten cudowny asfaltowy pas zmienia się w betonowe płyty i betonką brniemy uparcie przed siebie, małżonek widząc przeciwny nurt rzeki zaczyna nabierać podejrzeń ... nie zawracamy jednak ... i tak dojeżdżamy tymi krzywo ułożonymi płytami do mostu. Tu w prawo i w ścieżkę, kręcimy, kręcimy i teraz ja widzę, że przecież jechaliśmy tą trasą, mam pamięć fotograficzną i już wiem, że robimy kółeczko (takim sposobem nadrabiamy 15 km). Teraz już pilnujemy bacznie trasę i lewym brzegiem Zachodniej Odry dojeżdżamy do Mescherin, tu odbijamy od rzeki i pokonując spore wzniesienia mamy pod oponkami znowu betonowe płyty, bruki, szutry.
Serce krwawi na myśl o przekierowaniu w nawigacji z trasy szosowej na DDR-y.
Nawierzchnia wciąż urozmaicona prowadzi nas ku Anklam, ale musimy odbić w prawo ku Kamb, gdzie kursuje prom dla rowerzystów. Nie wahamy się i w pewnym momencie odskakujemy z drogi szosowej w ładny asfaltowy pas dla cyklistów, ale ten piękny pas po kilku kilometrach zamienia się w szuter, wpadamy w krainę bezkresnych rozlewisk:
z prawej spory wodny areał, z lewej rozlewiska z żółtymi wysokimi trawami na brzegu i my na piaszczystej dróżce, ptactwo krzyczy, nawołuje i śpiewa donośnym głosem - teren niezmiernie piękny, ale trudny dla nas i naszych rowerów, chwilami koła grzęzną i trzeba poprowadzić pojazdy, albo zejść z roweru bo akurat samica prowadzi swe młode przez ścieżkę, pisklęta truchtem przecinają nasz szlak, już można jechać, a tu z traw jeszcze guzdrałek malutki pod koła mi się pcha - szybko odchylam w bok kierownicę ... ufff - przebiegł bez szwanku i dołączył do stada. I tylko dzięki zachwycającemu oczy otoczeniu i takim zdarzeniom nie wpadam w gniew na trudy jazdy. W końcu pojawia się przecinająca nasz szlak droga asfaltowa prowadząca do Kamb, pomykamy nią pełni euforii, by na miejscu dowiedzieć się, że prom kursuje od maja.
Przed nami więc dodatkowe nieplanowane kilometry, musimy wracać. Trudno jest nazwać nawierzchnię drogi prowadzącej do Anklam, bo jak opisać dwa pasy wypaczonych płyt betonowych pomiędzy którymi wylano asfalt bez wygładzania go? Anklam - piękne miasto serwuje w swym centrum wodopój, z którego korzystamy z niekłamaną radością,
uzupełniamy bidony i od teraz mając wiatr w plecach gładziutkimi asfaltami gnamy do Usedom i dalej ku Kutzow. Słońce schodzi ku zachodowi,
zaczyna zmierzchać, spada temperatura - robimy więc postój na aktywizację lampek i założenie kurtek, małżonek serwuje mi batonik - odmawiam - niczego już teraz bardziej nie pragnę nad widok tabliczki z napisem ŚWINOUJŚCIE i kiedy nagle pojawia się talica/strzałka z miastem moich marzeń i cyferką 6 km czuję nieopisaną radość, bowiem mam już pewność że dojadę. Już sporo po 20-tej osiągamy cel naszej dwudniowej wyprawy mając nakręcone w tym dniu 247 km.
Po ulokowaniu się i szybkim odświeżeniu w gościnnym DW Karkonosze udajemy się do miasta na sycącą ciepłą obiadokolację.Oboje jesteśmy niezmiernie uradowani, a mnie szczególnie cieszy wypedałowany dystans /życiówka/ i pokonanie wszystkich przeciwności, jakie nam się tego dnia przytrafiły.