piątek, 15 maja 2015

... ku WIŚLE

maj 2015 

... ku Wiśle



.

  •  
Po ostatniej wyprawie do Świnoujścia uwierzyłam że dystanse ponad 250-kilometrowe są osiągalne i kiedy małżonek rzucił temat: Babimost - Ciechocinek ucieszyłam się podwójnie!
Pierwsza ma radość wynikała z wewnętrznej wiary w bezproblemowe przepedałowanie zapowiadanego dystansu, natomiast drugą mą radością była Wisła. Już dawno zalęgło się w mej głowie ciche pragnienie, by ku niej pomknąć swym dwukołem.
10 maja o godz 5.20 
- rano pełna optymizmu wpinam swe buty w pedały, rozsiadam na siodełku i rozpoczynam kręcenie tysięcy kółeczek.
Asfalt jest pełen kałuż po nocnych deszczach, ale poranny spokój pozwala na dobre tempo. Początkowo towarzyszy nam stabilna pogoda i przyzwoite asfaltowe drogi, pomykamy sobie lekko wielkopolskimi miastami, wioskami polami i lasami. Majowa soczystość zieleni oraz intensywność żółci rzepakowej fascynują i sprawiają, że trasa nie jest nudna. Niebo zaciągnięte ciężkimi chmurami z rzadka pozwala na serwis słoneczny, z czasem rośnie siła wiatru i co ważne - nie przeszkadza!
Trasa prowadzi nas drogami lokalnymi, a więc bywa różnie: od gładziutkich niczym masełko nawierzchni poprzez wyszczerbione i dziurawe asfalty, a i trafiają się leśne ostępy (Głęboczek - Dąbrówka Kościelna). Powoli zaczynam lubić takie atrakcje choć wiadomo, że cienkie opony mej szosóweczki zdecydowanie - NIE, ale różnorodność nawierzchni pozwala na zmianę tempa, spowolnienie i koncentrację w manewrach barankiem ;).

Mijamy rogatki Poznania, a poza granicami Kiszkowa, na 140-tym kilometrze przy niewielkiej stacyjce benzynowej robimy popas. Jestem mocno zdziwiona, że nie serwują tu kawy, ciepły płyn rozgrzałby trzewia ... trudno! Cały zapas wiktu pochłaniamy z apetytem. Termometr wskazuje 10°C więc ponownie ubieramy kurtki, pod kask naciągam kaptur bluzy i - w drogę! Zapowiadana siła wiatru zaczyna być odczuwalna - jest już naszym sprzymierzeńcem, ale też i spada temperatura, a o dogrzaniu słonecznym nie ma co marzyć.
Wjeżdżamy w województwo kujawsko-pomorskie i na początek trafiamy do ...
a pobliską Wenecję omijamy ;D
Jest tu sporo miejsc związanych z piastowską historią Polski, w Marcinkowie Górnym przed Gąsawą pojawia się śnieżno-biała postać teścia św. KingiLeszka Białego na równie białym rumaku
więc postanawiamy fotograficznie utrwalić miejsce Jego nagłej bratobójczej śmierci.
W Inowrocławiu robimy jeden foto-postój przy tablicy miasta, a poza jego murami bezskutecznie wypatrujemy stacji paliw lub chociażby wiejskiego sklepiku. Droga prowadzi nas bezusługowymi obrzeżami miejscowości i dopiero w Parchaniu dostrzegam malutki sklepik. Tu, doładowana energetycznie z nowym zapasem wody w bidonie, świadoma że przed nami jeszcze tylko 30 km odczuwam poprawę nastroju i rosnący animusz! Wiatr też serwuje zdecydowane wspomaganie, zmieniam przełożenie na szybką jazdę i kręcę bez oznak zmęczenia jakbym tych 235 km nie miała już poza sobą! Jest się czym cieszyć, ale na ostatnich kilometrach przed Ciechocinkiem sprzyjający nam dotąd wiatr zaczyna pokazywać swą siłę z przeciwka. Młynkuję teraz pedałami, o lekkim kręceniu nie ma mowy, więc zdecydowanie spowalniam i nie walczę z wiatrem - mam świadomość, że teraz to już tylko wydłużona w czasie bariera dzieli nas od celu podróży. Z taką sytuacją wieńczącą metę miałam już nieraz do czynienia więc pokornieję.
Jest godz. 17.20, po dwunastogodzinnej podróży pojawia się tablica z napisem: Nowy Ciechocinek.
Jesteśmy!
Foto-postój i wjazd w uliczki kurortu, zlokalizowanie domu oczekujących nas przyjaciół.
Serdeczne powitanie, radość, euforia ze spotkania i pokonanego dystansu
Bryton pokazuje  265 km  i jest to nasz jednodniowy rekord!
Spędzamy czas przy suto zastawionym stole, w serdecznej, przyjacielskiej atmosferze pełnej zabawnych, ale nie pozbawionych wspólnych wspomnień rozmów. Pragnę zobaczyć Ciechocinek w wieczornej i nocnej szacie i nie ukrywam tego przed gospodarzami.
Przyjaciele zawożą nas wprzódy do ruin zamku biskupów kujawskich w Raciążku n/Wisłą, tam stąpając po ruinach z wysokiej skarpy podziwiamy bezkresną panoramę Ciechocinka. Następnie już prosto do kurortu, ku tężniom i przecudnym parkiem z barwnymi fontannami omijając wiadomy grzybek wracamy "do domu".
Poniedziałek to dzień turystycznych atrakcji, kolega pokazuje nam wszystko co musimy tu zobaczyć, senną Nieszawę z ogromną Wisłą u jej stóp koduję nie tylko fotograficznie.
Nastaje wtorkowy poranek i mimo protestów gospodarzy o godz. 7-mej jesteśmy gotowi do dalszej jazdy, pożegnaniom jak zawsze towarzyszy łezka wzruszenia, ale rady nie ma - potrzeba podróży jest silniejsza.
Dziś - 12maja - do Torunia /31 km/
Byłam tu tylko raz i zupełnie nie znam miasta. Na początek mamy Wisłę, wjeżdżając na most z daleka dostrzegam jej szeroką wstęgę i radośnie szepczę : WISŁO - WITAJ!
Tu serdecznie powitani przez kuzynostwo, mamy szczęście: Kuzyn - torunianin miłośnik historii pokazuje perełki grodu, ubarwiając je swym komentarzem krótkim, barwnym acz rzeczowym.
Zwiedzanie perełek grodu zajmuje nam kilka niezapomnianych godzin, kto zwiedzał Toruń - wie, że nie sposób wymienić oglądanych miejsc, by nie przeoczyć choćby jednego! 
A przecież wzruszająca wizyta u CIOCI nie mogła zostać pominięta!
Mogłam też zapalić płomyk pamięci na mogile stryja ...
Bogata w doznania i pełna wzruszeń obecność w tym bogatym kulturowo i duchowo mieście -  wzbogacona rodzinnym afektem - zwieńczona została wieczornym wypadem na drugi brzeg Wisły, gdzie z zachwytem mamiłam oczy oświetlonymi konturami urbanistycznej rzeźby Torunia odbitymi w nurcie Wisły - MAGIA i BAJKA!
Wieczór to też czas na bezcenne rodzinne wspomnienia i dysputy przy suto zastawionym stole.

Dziękuję naszym Krewnym i Przyjaciołom za opiekę, serdeczną gościnę i okazane serce, to też i dzięki Wam
odwiedziłam na swym dwukole  Wisłę i spełniłam swe kolejne marzenie

czwartek, 30 kwietnia 2015

Dwudniowe 450 km z Nysą Łużycką i Odrą od Forstu do Świnoujścia

  •  kwiecień 2015


450km z Nysą Łużycką i Odrą


Nowy sezon - nowe wyzwania ...Uwikłani własnymi oraz rodzinnymi zobowiązaniami nie czynimy precyzyjnych planów, pragniemy aby i w tym roku wypedałować kilka konkretnych tras, a jedna z nich od lat czeka w "szufladce wyzwań". Szlak rowerowy Liberec - Świnoujście wzdłuż Nysy Łużyckiej i Odry jest znaną trasą pasjonatom turystyki rowerowej. Jej fragment od Liberca do Eisenhuttenstadt pokonywaliśmy kilkakrotnie na różnych odcinkach, nadszedł czas, by przepedałować górny odcinek - od Forstu do Świnoujścia.W pierwszym dniu planujemy dystans ok. 200 - kilometrowy, tak by na drugi dzień pozostawić sobie etap nieco krótszy /okaże się ;) /
 202 km 

23 kwietnia 2015 r  w czwartkowy wczesny poranek po obiado-śniadaniu wsiadamy na swe rowerki i nabywając drożdżówki w mijanej piekarni kierujemy się ku kolei.
Wsiadamy do pociągu relacji Żagań - Forst, podróż to dobry czas na posiłek - spożywam drożdżówkę, popijam kawą - jestem GOTOWA!  
W Forst jesteśmy o godz. 6.25 i pięć minut później rozpoczynamy swą rowerową wyprawę.
Asfaltowa ścieżka rowerowa na wale Nysy Łużyckiej, bezwietrze i temperatura na granicy +/- to warunki sprzyjające szybkiej i komfortowej jeździe. Początkowo lodowate powietrze mrozi unieruchomione na baranku palce rąk, ale nie zaprzątam sobie głowy tym chwilowym dyskomfortem, po pokonaniu kilkunastu kilometrów odczuwam tę nieszczęsną drożdżówkę, a od Guben północno - zachodni wiatr zaczyna sobie z nami nieźle pogrywać! Ale nic-to, wszak naładowaliśmy swe akumulatory do granic możliwości więc wysiłek pedałowania połączymy z walką z zefirkiem.
Trasa nie jest trudna, można swą uwagę skierować na mijane widoki, porównywać nadbrzeża Nysy - te w bezpośredniej bliskości - niemieckie i z drugiej strony rzeki - nasze. Tu przeważają łąki, u nas nieużytki pokryte chaszczami i dzikim krzewostanem. Rzeka z niskim stanem wody bez śladu nawet najmniejszego transportu, niekiedy tylko zauważalna jest obecność miłośników wędkowania. Szlak rowerowy prowadzi nie tylko tym malowniczym nadrzecznym wałem, od czasu do czasu wpadamy do wiosek i miasteczek. Tu opustoszałe chodniki przeznaczone dla cyklistów pozwalają szybciutko pomykać bez troski o wypadnięcie z trasy, a przy okazji pooglądać schludne obejścia.
Wjazd do Frankfurtu n/Odrą to wspaniały zjazd krętą drogą z pochyleniem 6% - to lubię, asekuracyjny chwyt klawiszy hamulca, spore nachylenie ciała i - HAJDA! - przed siebie.  Wyjazd z miasta i .... a ku-ku! ... jest ODRA!!!
Znam te widoki z okolic Brzegu Dolnego, Gubina i Krosna Odrz - teren zupełnie płaski z korytem sporej rzeki. Jest jednak coś nowego w odbiorze roztocza rzeki. Krzyk, śpiew i trel wszelakiego ptactwa brzmi dosadnie i donośnie tworząc tło muzyczne temu co wokół - PIĘKNIE! można kręcić. Komfort jazdy daje możliwość podziwiania mijanych miejsc i jest niewymiernym atutem dzisiejszego rowerowania.

Zatrzymujemy się jedynie po to, by zrzucać z siebie warstwy odzieży oraz na popas. Na 160-tym kilometrze zaczynam tracić prąd, sponiewierana zacnie wiatrem i dystansem nie przestając kręcić zaczynam wypatrywać ławeczki. Ławeczki są moją NADZIEJĄ, BALSAMEM i LEKIEM na cielesne trudy jazdy i gdy tylko odczuwam męczące mnie przegrzanie w plecach i niemoc kręcenia od razu pojawia się pragnienie ujrzenia ŁAWECZKI. To na niej natychmiast po odpięciu się od roweru układam w poziomie swe umęczone ciało i leżę wpatrzona w to co nade mną, opanowawszy też do perfekcji sztukę konsumpcyjną w pozycji horyzontalnej leżę tak sobie błogo, jem i piję i poddaję się odnowie biologicznej.
Lubię te chwile ... ta laba trwa ok 15 minut, teraz można wstać, ogarnąć się i - w drogę. Dojeżdżamy do mostu,
przekraczamy granicę i mamy Cedynię. Telefonicznie namierzamy pensjonat, zakupy na kolację i śniadanko (bo pensjonat nie serwuje posiłków) i kierunek - Piasek, wioska na trasie Cedynia - Krajnik. Na miejscu małżonek zapewnia mnie, że 202km nakręcone, zapisuje trasę i ładuje nawigację na jutro. Zachwyceni DDR-ami postanawiamy zmienić też trasę w nawigacji z wcześniej zaplanowanych dróg asfaltowych łączących miasta na ścieżki rowerowe (zapłacimy za tę decyzję) 
24.IV.2015 /piątek/

 247 km 

To już norma - budzi mnie wczesny świt, zaczyna się gonitwa myśli i teraz już nie ma szans na najmniejszą drzemkę, wstaję, odgrzewam ze słoika obiado-śniadanie, jemy-pijemy wszystko czym dysponujemy i w drogę. Do Krajnika podjazd dość spory, ale nietrudny. Przed przekroczeniem granicy zakupy na drogę, bo u nas prościej, łatwiej i szybciej, pijemy sok pomidorowy i powrót na sąsiedzkie DDR-y.
Na niemieckiej stronie zgodnie z planami trzymamy się ścieżek dla rowerów, w Schwedt/Oder wjeżdżamy w nadbrzeżny szeroki piękny pas asfaltowy przeznaczony dla cyklistów i rolkarzy, koryta wodne mamy z obu stron, nie wiemy, że wjechaliśmy w Nationalpark Unters Odertal i nie jesteśmy na swojej trasie.
W pewnym momencie ten cudowny asfaltowy pas zmienia się w betonowe płyty i betonką brniemy uparcie przed siebie, małżonek widząc przeciwny nurt rzeki zaczyna nabierać podejrzeń ... nie zawracamy jednak ... i tak dojeżdżamy tymi krzywo ułożonymi płytami do mostu. Tu w prawo i w ścieżkę, kręcimy, kręcimy i teraz ja widzę, że przecież jechaliśmy tą trasą, mam pamięć fotograficzną i już wiem, że robimy kółeczko (takim sposobem nadrabiamy 15 km). Teraz już pilnujemy bacznie trasę i lewym brzegiem Zachodniej Odry dojeżdżamy do Mescherin, tu odbijamy od rzeki i pokonując spore wzniesienia mamy pod oponkami znowu betonowe płyty, bruki, szutry.
Serce krwawi na myśl o przekierowaniu w nawigacji z trasy szosowej na DDR-y.
Nawierzchnia wciąż urozmaicona prowadzi nas ku Anklam, ale musimy odbić w prawo ku Kamb, gdzie kursuje prom dla rowerzystów. Nie wahamy się i w pewnym momencie odskakujemy z drogi szosowej w ładny asfaltowy pas dla cyklistów, ale ten piękny pas po kilku kilometrach zamienia się w szuter, wpadamy w krainę bezkresnych rozlewisk:
z prawej spory wodny areał, z lewej rozlewiska z żółtymi wysokimi trawami na brzegu i my na piaszczystej dróżce, ptactwo krzyczy, nawołuje i śpiewa donośnym głosem - teren niezmiernie piękny, ale trudny dla nas i naszych rowerów, chwilami koła grzęzną i trzeba poprowadzić pojazdy, albo zejść z roweru bo akurat samica prowadzi swe młode przez ścieżkę, pisklęta truchtem przecinają nasz szlak, już można jechać, a tu z traw jeszcze guzdrałek malutki pod koła mi się pcha - szybko odchylam w bok kierownicę ... ufff - przebiegł bez szwanku i dołączył do stada. I tylko dzięki zachwycającemu oczy otoczeniu i takim zdarzeniom nie wpadam w gniew na trudy jazdy. W końcu pojawia się przecinająca nasz szlak droga asfaltowa prowadząca do Kamb, pomykamy nią pełni euforii, by na miejscu dowiedzieć się, że prom kursuje od maja.
Przed nami więc dodatkowe nieplanowane kilometry, musimy wracać. Trudno jest nazwać nawierzchnię drogi prowadzącej do Anklam, bo jak opisać dwa pasy wypaczonych płyt betonowych pomiędzy którymi wylano asfalt bez wygładzania go? Anklam - piękne miasto serwuje w swym centrum wodopój, z którego korzystamy z niekłamaną radością,
uzupełniamy bidony i od teraz mając wiatr w plecach gładziutkimi asfaltami gnamy do Usedom i dalej ku Kutzow. Słońce schodzi ku zachodowi,
zaczyna zmierzchać, spada temperatura - robimy więc postój na aktywizację lampek i założenie kurtek, małżonek serwuje mi batonik - odmawiam - niczego już teraz bardziej nie pragnę nad widok tabliczki z napisem ŚWINOUJŚCIE i kiedy nagle pojawia się talica/strzałka z miastem moich marzeń i cyferką 6 km czuję nieopisaną radość, bowiem mam już pewność że dojadę. Już sporo po 20-tej osiągamy cel naszej dwudniowej wyprawy mając nakręcone w tym dniu 247 km.
Po ulokowaniu się i szybkim odświeżeniu w gościnnym DW Karkonosze udajemy się do miasta na sycącą ciepłą obiadokolację.Oboje jesteśmy niezmiernie uradowani, a mnie szczególnie cieszy wypedałowany dystans /życiówka/ i pokonanie wszystkich przeciwności, jakie nam się tego dnia przytrafiły.

czwartek, 26 marca 2015

Pierwszy TYSIĄC w 2015

marzec 2015 

ROSE

Pierwszy TYSIĄC w 2015



  •  
Jak-to ostatnio się czyta? - nie ma pojęcia "sezon rowerowy"!
Jeździmy bezsezonowo!
Coś w tym jest!
Jeszcze 3 - 4 lata temu wyznawałam zasadę, że w marcu wsiadam na rower po trzymiesięcznej absencji szosowej. Głowa wprawdzie siwieje, ale tylko na zewnątrz ... bezsprzecznie obsesyjne parcie na pedałki, nowy wehikuł, a i aura pozwalają weryfikować dawne zasady, więc w pierwszym dniu marca tego roku mogłam już pochwalić się pierwszym tegorocznym kilometrowym tysiączkiem!
Pierwszy kontakt z nowym rowerem i pierwsza na nim jazda jest niczym elektryzująca schadzka, a więc najpierw wpięcie się ... pierwsze zakręcenie pedałem to niczym pytanie - i - jak?
wpinając drugi but - wstępuję na swój rower i drugi obrót 
- i co? fajnie?  ... po każdym kolejnym obrocie nowe ustawianie ciała, potem przymiarka z kierownicą w dolnym i górnym chwycie baranka, następnie zasiadanie i moszczenie się na siodełku 
pasuje?
- TAK! ... 
teraz nogi już same wirują: przyspieszenie, spowolnienie, lekkie hamowanie, no i te manewry manetką! Wszystkie te przymiarki, chwyty, uściski dają ogrom radości z obcowania z nowym bicyklem, który w najbliższym czasie powiedzie mnie w dal znaną i nieznaną ... z pewnością dla mnie i zaczarowaną.
Na początek jednak dominują trasy 50-cio kilometrowe, takie dystanse oswajają mnie z rowerem, sprzyjają zgraniu z nim i ... odczuwaniu radości! 
Z pewnością w miesiącach zimowych nie wypuszczamy się w dalsze dystanse, bo to i dzień krótki, wiatry intensywniejsze, a i temperatury niskie, ale kiedy tylko ukazuje się suchość asfaltu śmiało pokonujemy nieco dalsze dystanse, takie do 100 kilometrów.
Najpierw - Krzywaniec /60 km/, gdzie w malowniczych bezkresach leśnych znajduje się więzienie dla kobiet.

Po dojechaniu do celu przyglądam się z jakimś smutkiem tym murom, drutom nie mogąc ogarnąć ogromu dramatów kobiet, które za nimi zostały umieszczone - refleksja adekwatna do miejsca, a więc szybko w drogę powrotną, jakby się chciało uciec ... i ZAPOMNIEĆ!
Kolejny pogodny dzień i rowerowy wypad do Lubska /82 km/ - wiatr gnał żwawo do celu, by drogę powrotną maksymalnie uprzykrzyć!
Następny cel to - Zielona Góra /92 km/ po odbiór nowych paszportów w Urzędzie Marszałkowskim
1 marca - kolejny rowerowy wypad, tym razem do nadgranicznego Przewozu /80 km/, początek trasy pod wiatr z nadzieją na lepszy powrót i wprawdzie jest szybki - niesiony Zefirkiem, ale też trzeba uważać bo drobny deszczyk moczy asfalt i zaczyna być ślisko!
Oswojenie i zgranie z  ROSĄ  mam już za sobą i troszkę szkoda, bo kolejne z nią dystanse pozbawione będą tej magicznej emocji poznania, ale swoboda popylania na NIEJ już mi daje nie mniej radości i frajdy :)

czwartek, 20 listopada 2014

Północ / Południe - listopadowe wyprawy (bez mała 600km)

  •  
11. 2014 
LISTOPADOWE WYCIECZKI ROWEROWE

  •  

PÓŁNOC 

230km
4 listopada  - 105 km /Żagań - Babimost/
Pół godziny po 8-mej wpinamy się w swoje szosówki i przemierzając znane nam widoki i miejsca pokonujemy pierwsze kilometry. Jesienna sceneria przy bezchmurnym niebie nareszcie zachwyca,

bowiem do tej pory brak było barw złota, brązu i jaskrawej żółci, a drzewa bardzo długo utrzymywały swe listowie w zieleni. Dziś celem naszego pedałowania jest cudne miasteczko - Babimost
W Nowej Soli przemykamy mostem nad Odrą i teraz przed nami drogi urozmaicone niewielkimi wzniesieniami, wiadomo - kraina jezior. Największą część trasy stanowią asfaltowe drogi wiodące przez lasy więc jest spokojnie, bezpiecznie i barwnie. Zjeżdżając z drogi Nowa Sól - Wolsztyn małżonek łapie kichę
/trzeba zainwestować w nowe opony/, postój na wymianę dętki, po czym przejeżdżając Kargowę - ścieżką rowerową docieramy do Babimostu. Jest wczesna pora obiadowa i mamy sporo czasu na rodzinne pogaduchy przy stole.
5 listopada -125 km /Babimost - Żagań/
Przed 8-mą rozpoczynamy podróż powrotną, ale popedałujemy przez Świebodzin, Sulechów, Czerwieńsk i Nowogród Bobrzański. Droga z Babimostu do Świebodzina to wspaniała nawierzchnia, ruch minimalny,
lekkie podjazdy i zjazdy pozwalają na podziwianie bajecznej panoramy terenu. Jest na tej trasie wioska o nazwie Jeziory i nawierzchnia głównej arterii owej wsi burzy cały ten sielsko-anielski komfort jazdy ... na szczęście kamienne łby wprowadzające moje nadgarstki w stan bolesnych drgań nie dokuczają zbyt długo. Postać Najwyższego towarzyszy naszym oczom z oddali!
Zbliżamy się do Kolosa i najnormalniej się cieszę z tego spotkania /zawsze spoglądałam na JEGO plecy i zza szyby samochodu/. Czuję lekki dreszczyk euforii, spontanicznie podnoszę w górę swój rower. Teraz - po tym niezwykłym spotkaniu ochoczo pedałujmy starą "trójką" do okolic Sulechowa, schodzimy z wiaduktu schodkami ku drodze na Krosno Odrz
potem zbaczamy na Brody, tam sami - bez jednego auta zostajemy przeprawieni na lewy brzeg Odry.
Za Czerwieńskiem podjazd do Leśniowa Wielkiego wymaga sporego wysiłku, a zjazd w Bogaczowie to droga przez mękę dla szosowca /bardzo nierówny bruk z piaszczystym poboczem/.
Najgorsze za nami, a przed nami gładziutka nawierzchnia - już 4 km przed Nowogrodem Bobrzańskim i dalej do Żagania. Szczęśliwi wjeżdżamy w ulice swego miasta. 
Łaskawy listopad zaserwował nam ciepłe dni - długo jeszcze?
.....................................................................................

POŁUDNIE 

250km
okazuje się, że ... jeszcze :)
10 listopada - 125km /Żagań - Pogalewo Małe/
Poranek za oknami wydawał się mniej mglisty od niedzielnego i bez obaw wystartowaliśmy tym razem na południe w okolice Brzegu Dolnego, ale przy wyjeździe z miasta w kierunku Szprotawy mieliśmy już mleko na drodze, a widoczność na ok 150m. Pierwszy raz jechałam jezdnią w takiej mgle, pełna obaw kręciłam pedałami i natrętnie myślałam o powrocie i rezygnacji z wypadu ... 
- oby do  Szprotawy - myślałam - a potem albo do przodu, albo cofanko ... 
no i od Szprotawy mieliśmy i widoczność lepszą i świat dużo jaśniejszy! Bezwietrze i asfaltowe nawierzchnie pozwoliłyby lekko pokonywać trasę gdyby nie dość spory ruch (do mijających i wyprzedzających nas TIR-ów aż chciałoby się krzyczeć: 
- na tory!!!).
W Polkowicach wskoczyliśmy na chwilę na  "trójkę", boczny pas odstresowuje i daje poczucie bezpieczeństwa, tu zawsze się dobrze jedzie! W Lubinie odskakujemy na Wołów,
odcinek od Ścinawy o nie najlepszej nawierzchni ale jesienna sceneria wynagradza nam owe niedoskonałości. Za Wołowem jedziemy zupełnie pustą wąską asfaltową drogą wśród pól i lasów, przejeżdżamy przez Stobno i w porze obiadowej docieramy do Pogalewa Małego.
 
11 listopada 

125km /Pogalewo Małe - Żagań/
Nasyceni rodzinnymi emocjami wracamy do domu, dziś niebo zachmurzone ale też lekki wiaterek w plecy, więc jazda niczym bezustanny zjazd sprawia niesamowitą frajdę. Mijamy znane nam miejsca w szybkim tempie.
Dopiero w okolicach Przemkowa słoneczko nieśmiało wychyla się zza chmur i od czasu do czasu złoci swym blaskiem opadające liście z drzew. Kiedy widzę przed sobą ścianę barwnego lśniącego listowia opadającego gradem na jezdnię zdaje się, że jestem w krainie baśni - PIĘKNE i NIEZAPOMNIANE obrazy tej jesiennej podróży! 
 Mamy za sobą pierwszą dość intensywną rowerowo dekadę listopada ... 
cdn? ....
 26.XI....
i malutki myk na ZACHÓD
Kilka "drobiazgów" 50-kilometrowych i jeden dystans 100-kilometrowy z malutką nawiązką listopadowa aura pozwoliła jeszcze wykręcić... a z tą "setką" było tak:
plan zakładał 80 km /do Lubska i z powrotem!/ Wożę się na kole małżonka żwawo i popylam z rozkoszą ... no i łepetyna też nakręcona -  wpadam na pomysł by pognać dalej - jeszcze 10, najlepiej 11km i wracać
- HA! świetnie!!! Te ciche swe dumki przerzucam na słowa do męża:
Dawaj jeszcze na Zasieki jakąś dyszkę, co? plisss
Dwa razy mej Połowie nie trzeba mówić - JEDZIEMY!
Mając na liczniku  51km ze średnią 26,6km/h - zawracamy ... no i KONIEC BAJKI!
Teraz nie będzie "popylania" - teraz będzie "piłowanie"! Od początku jestem wystawiona na prowadzenie - kręcę, piłuję, szarpię - ciężej niźli wprzódy! ... jest zmiana ... i jak w kalejdoskopie - raz prowadzę, raz się wożę, raz jest ciężko, raz nieco lżej ... ale wrócić trzeba, no i lekko sponiewierana wiatrem i trudem dojeżdżam do domu mając na liczniku 102,11km ze średnią 24,5km/h co i tak przecież na tę porę roku jest dobrym wynikiem  ;-) 
Nadchodzący czas to okres małych dystansów ... a więc jeśli nic się nie zmieni /mam nadzieję/ do ... WYZWAŃ następnego sezonu.