czwartek, 20 listopada 2014

Północ / Południe - listopadowe wyprawy (bez mała 600km)

  •  
11. 2014 
LISTOPADOWE WYCIECZKI ROWEROWE

  •  

PÓŁNOC 

230km
4 listopada  - 105 km /Żagań - Babimost/
Pół godziny po 8-mej wpinamy się w swoje szosówki i przemierzając znane nam widoki i miejsca pokonujemy pierwsze kilometry. Jesienna sceneria przy bezchmurnym niebie nareszcie zachwyca,

bowiem do tej pory brak było barw złota, brązu i jaskrawej żółci, a drzewa bardzo długo utrzymywały swe listowie w zieleni. Dziś celem naszego pedałowania jest cudne miasteczko - Babimost
W Nowej Soli przemykamy mostem nad Odrą i teraz przed nami drogi urozmaicone niewielkimi wzniesieniami, wiadomo - kraina jezior. Największą część trasy stanowią asfaltowe drogi wiodące przez lasy więc jest spokojnie, bezpiecznie i barwnie. Zjeżdżając z drogi Nowa Sól - Wolsztyn małżonek łapie kichę
/trzeba zainwestować w nowe opony/, postój na wymianę dętki, po czym przejeżdżając Kargowę - ścieżką rowerową docieramy do Babimostu. Jest wczesna pora obiadowa i mamy sporo czasu na rodzinne pogaduchy przy stole.
5 listopada -125 km /Babimost - Żagań/
Przed 8-mą rozpoczynamy podróż powrotną, ale popedałujemy przez Świebodzin, Sulechów, Czerwieńsk i Nowogród Bobrzański. Droga z Babimostu do Świebodzina to wspaniała nawierzchnia, ruch minimalny,
lekkie podjazdy i zjazdy pozwalają na podziwianie bajecznej panoramy terenu. Jest na tej trasie wioska o nazwie Jeziory i nawierzchnia głównej arterii owej wsi burzy cały ten sielsko-anielski komfort jazdy ... na szczęście kamienne łby wprowadzające moje nadgarstki w stan bolesnych drgań nie dokuczają zbyt długo. Postać Najwyższego towarzyszy naszym oczom z oddali!
Zbliżamy się do Kolosa i najnormalniej się cieszę z tego spotkania /zawsze spoglądałam na JEGO plecy i zza szyby samochodu/. Czuję lekki dreszczyk euforii, spontanicznie podnoszę w górę swój rower. Teraz - po tym niezwykłym spotkaniu ochoczo pedałujmy starą "trójką" do okolic Sulechowa, schodzimy z wiaduktu schodkami ku drodze na Krosno Odrz
potem zbaczamy na Brody, tam sami - bez jednego auta zostajemy przeprawieni na lewy brzeg Odry.
Za Czerwieńskiem podjazd do Leśniowa Wielkiego wymaga sporego wysiłku, a zjazd w Bogaczowie to droga przez mękę dla szosowca /bardzo nierówny bruk z piaszczystym poboczem/.
Najgorsze za nami, a przed nami gładziutka nawierzchnia - już 4 km przed Nowogrodem Bobrzańskim i dalej do Żagania. Szczęśliwi wjeżdżamy w ulice swego miasta. 
Łaskawy listopad zaserwował nam ciepłe dni - długo jeszcze?
.....................................................................................

POŁUDNIE 

250km
okazuje się, że ... jeszcze :)
10 listopada - 125km /Żagań - Pogalewo Małe/
Poranek za oknami wydawał się mniej mglisty od niedzielnego i bez obaw wystartowaliśmy tym razem na południe w okolice Brzegu Dolnego, ale przy wyjeździe z miasta w kierunku Szprotawy mieliśmy już mleko na drodze, a widoczność na ok 150m. Pierwszy raz jechałam jezdnią w takiej mgle, pełna obaw kręciłam pedałami i natrętnie myślałam o powrocie i rezygnacji z wypadu ... 
- oby do  Szprotawy - myślałam - a potem albo do przodu, albo cofanko ... 
no i od Szprotawy mieliśmy i widoczność lepszą i świat dużo jaśniejszy! Bezwietrze i asfaltowe nawierzchnie pozwoliłyby lekko pokonywać trasę gdyby nie dość spory ruch (do mijających i wyprzedzających nas TIR-ów aż chciałoby się krzyczeć: 
- na tory!!!).
W Polkowicach wskoczyliśmy na chwilę na  "trójkę", boczny pas odstresowuje i daje poczucie bezpieczeństwa, tu zawsze się dobrze jedzie! W Lubinie odskakujemy na Wołów,
odcinek od Ścinawy o nie najlepszej nawierzchni ale jesienna sceneria wynagradza nam owe niedoskonałości. Za Wołowem jedziemy zupełnie pustą wąską asfaltową drogą wśród pól i lasów, przejeżdżamy przez Stobno i w porze obiadowej docieramy do Pogalewa Małego.
 
11 listopada 

125km /Pogalewo Małe - Żagań/
Nasyceni rodzinnymi emocjami wracamy do domu, dziś niebo zachmurzone ale też lekki wiaterek w plecy, więc jazda niczym bezustanny zjazd sprawia niesamowitą frajdę. Mijamy znane nam miejsca w szybkim tempie.
Dopiero w okolicach Przemkowa słoneczko nieśmiało wychyla się zza chmur i od czasu do czasu złoci swym blaskiem opadające liście z drzew. Kiedy widzę przed sobą ścianę barwnego lśniącego listowia opadającego gradem na jezdnię zdaje się, że jestem w krainie baśni - PIĘKNE i NIEZAPOMNIANE obrazy tej jesiennej podróży! 
 Mamy za sobą pierwszą dość intensywną rowerowo dekadę listopada ... 
cdn? ....
 26.XI....
i malutki myk na ZACHÓD
Kilka "drobiazgów" 50-kilometrowych i jeden dystans 100-kilometrowy z malutką nawiązką listopadowa aura pozwoliła jeszcze wykręcić... a z tą "setką" było tak:
plan zakładał 80 km /do Lubska i z powrotem!/ Wożę się na kole małżonka żwawo i popylam z rozkoszą ... no i łepetyna też nakręcona -  wpadam na pomysł by pognać dalej - jeszcze 10, najlepiej 11km i wracać
- HA! świetnie!!! Te ciche swe dumki przerzucam na słowa do męża:
Dawaj jeszcze na Zasieki jakąś dyszkę, co? plisss
Dwa razy mej Połowie nie trzeba mówić - JEDZIEMY!
Mając na liczniku  51km ze średnią 26,6km/h - zawracamy ... no i KONIEC BAJKI!
Teraz nie będzie "popylania" - teraz będzie "piłowanie"! Od początku jestem wystawiona na prowadzenie - kręcę, piłuję, szarpię - ciężej niźli wprzódy! ... jest zmiana ... i jak w kalejdoskopie - raz prowadzę, raz się wożę, raz jest ciężko, raz nieco lżej ... ale wrócić trzeba, no i lekko sponiewierana wiatrem i trudem dojeżdżam do domu mając na liczniku 102,11km ze średnią 24,5km/h co i tak przecież na tę porę roku jest dobrym wynikiem  ;-) 
Nadchodzący czas to okres małych dystansów ... a więc jeśli nic się nie zmieni /mam nadzieję/ do ... WYZWAŃ następnego sezonu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz