sobota, 8 czerwca 2019

SZWECJA - DANIA - NIEMCY - POLSKA 920 km

SZWECJA - DANIA - NIEMCY - POLSKA

                                                920 km

.... "wejście w inny świat to wejście w jakąś tajemnicę, a ona może kryć w sobie tyle labiryntów i zakamarków, tyle zagadek i niewiadomych!" 
                                                  Ryszard Kapuściński - Heban

Alicji ...

Stres „przed” znamy - spokoju nie ma, jest pełna mobilizacja:
- czy wszystko wzięłam?
Przecież to nie pierwszy wyjazd, a jednak ...
27 maja
Zielona Góra
Do Zielonej Góry jedziemy rowerami, wiaterek nas wspomaga, jazda dynamiczna, ale łepetyna mieli nieustannie:
-buty mam!
-ubranie mam!
-mini/apteczka jest!
-mini/drogeria zabrana!
-batony są!
W Z Górze zasiadamy najpierw w barze na obiad, kolejno na dworzec. 
Lokujemy się w pociągu do Szczecina...
Jedziemy...
Podczas podróży koleją lubię oglądać kraj:
-lasy
-pola
-wioski
-przeważnie brzydkie przedmieścia miast
-ich dworce
Szczecin i przesiadka
Pociąg do Świnoujścia podstawiony na tym samym peronie, szukamy przedziału dla cyklistów. 
Konduktorka nas stopuje - nie ma już dla nas miejsca! 
Próbuję ją zmiękczyć: 
- Mamy prom do Szwecji o 20-tej, musimy jechać”
Weszła do przedziału, postawiła tam Niemców na nogi, poodpinali sakwy ze swych rowerów, po czym ściupili je ze sobą tak, byśmy i  my mogli swoje ustawić i kontynuować podróż ... uffffff
Znowu obecność swą kieruję poza okno

Świnoujście Port ...
Terminal ...
Zakup biletu ...
Krótkie oczekiwanie ...
Wjazd pomiędzy tirami na prom, panowie z obsługi wskazują nam malutką pakamerę i tu lokujemy nasze koła.
Schodkami w górę ...
Wchodzimy na część pasażerską promu Kopernikus
Pani odbiera nasze bilety i pyta o brakujący świstek.
Nic nie mamy ponad to, co otrzymaliśmy w kasie
- Wobec tego proszę  choć podać nr rej samochodu, bo muszę coś tu wpisać - rzecze pani
Aaaaaaaaaa!
O to chodzi!
- My jesteśmy rowerzystami!
Wspólny śmiech ...
Odbieramy kartę, lokujemy się w kajucie i wychodzimy oglądać ostatnie widoki Ojczyzny

Wypływamy w morze
Mamy cudny zachód słońca, a kiedy widok traci swą atrakcyjność idziemy na należny pasażerom ciepły posiłek, a po nim spać!


28 maja 
Godz 3.15
Brutalne wejście stewarda z pełnym rozświetleniem kajuty i głośnym:
- Zapraszamy na śniadanie!
No dobra, skoro tak gwałtowne i okrutne powitanie dnia - nie ma rady - trzeba wstawać!
Pomiędzy wyjeżdżającymi już tirami przemykamy do pakamery, pakujemy torby, zakładamy kaski i o godz 5-tej wjeżdżamy na ziemię szwedzką
Wczesny przedświt gwarantuje chłód ale i bezwietrze.
Apogeum emocji nie pozwala mi marznąć ... początkowo jedziemy wraz z tirami, jest zjazd w prawo i odskakujemy od olbrzymich przewoźników.
Na szczęście po chwili przypominam sobie, że nie włączyłam Relive  -  stop!
Teraz czas na pooglądanie Szwecji ...
Magię wschodzącego właśnie słońca - przemilczę ...
Domki przedmieścia Trelleborg wszystkie oświetlone latarenkami zawieszonymi przed wejściem, a i w oknach zapalone białe lampki nocne.
Jedziemy na północ, przed nami Malmö , Landskrona i Helsingborg.
Wprawdzie jest most, który przebiega nad cieśniną Sund i łączy Kopenhagę z Malmö, ale rowerzyści nie mają najmniejszej szansy na jego przejechanie, no chyba że koleją, ale to nie dla nas!
Wjeżdżamy w rolniczą krainę odkrytej przestrzeni, bogatej w wiatr, chłód, a nawet i malutką mżawkę. Ptasie donośne poranne rozmowy zapewniają atrakcję akustyczną, a prostota i schludność obejść - wzrokową.
Od czasu do czasu z lewej widzimy wody cieśniny Sund i daleki zarys mostu Oresund - jego widok robi wrażenie!
Malmo
Wjeżdżamy do Malmö - Turning Torso przykuwa wzrok, króciutki foto-stop przy fontannie, miasto przemykamy jego          obrzeżami.
Zachmurzone ciężkie niebo serwuje króciutką mżawkę, szutrówki otoczone szpalerem drzew - mimo, iż w bardzo dobrym stanie - też budzą krótki niepokój, ale za miastem wiodą nas już tylko gładziutkie asfaltowe DDR-ki otulone kwiecistymi żywopłotami. Domki jednorodzinne z okazałą elewacją zdobią rododendrony z imponującym wielobarwnym kwieciem.
Dalej trafiamy na liczne pola golfowe, na których w tym imponującym dziś wietrze golfiści uparcie uderzają piłki. Fajny to dla nas widok po ubiegłorocznym jesiennym mini-kursie w Pasłęku (tu ukłony dla p. Kasi W i p. Juliana N).
Jesteśmy w Helsingborg, przed nami przeprawa promowa, trzeba kupić bilet.
Bariera językowa w apogeum, ale jest tłumacz Google, pracownik kasy na widok mojego wpisu : 2osoby+2rowery-Helsingør wyjmuje małą mapkę i zaznacza na niej miejsce odprawy dla rowerzystów.
Zawracamy więc do ronda i teraz już DDR-ka i znaki dla rowerów prowadzą nas na prom.
Zakup biletu błyskawiczny (kartą), polecenie „zwei” oznacza, że mamy kierować się wyłącznie torem 2, który powiedzie nas do celu!
Płyniemy ...
Osłonięci z każdej strony nie widzimy nic prócz własnego towarzystwa w gąszczu samochodów, dopiero tuż przed zacumowaniem unosi się klapa i mamy widok miasta. 


Zaraz po starcie zatrzymuje nas tablica z napisem Dania, trzeba uchwycić to miejsce, szkoda że w Szwecji nie natrafiliśmy na taką.
Znacznie poprawia się pogoda, tu jest jaśniej i cieplej, 
Rowerzysta w Danii jest objęty niesamowitymi względami w ruchu drogowym i to się wyczuwa od pierwszego zakręcenia pedałkami.

Kierujemy się teraz na południe, widok pięknych białych domów krytych strzechą, boczny wiaterek i swoboda pedałowania umilają jazdę!   



W Kopenhadze jesteśmy umówieni z Alicją - taką z Krainy Czaru!
Ta czarująca Dziewczyna przygarnęła nas do swej Garsoniery, mało tego - nakarmiła wykwintnym obiadem!
Z kluczem w kieszeni do wspomnianej garsoniery jedziemy w miasto - trzeba spotkać się z Syrenką, zobaczyć kopenhaski Ratusz, Zamek Królewski i kanał wodny z przystanią Nyhawn
Męcząca to trasa, pełna turystów, wymuszająca postoje i zrywy, piesze przejścia, ale nie sposób ominąć wspomniane atrakcje!
Rezygnujemy jedynie z ogrodów Tivoli i kręcimy już tylko do gniazdka naszej Alicji.
Wieczorem, po Jej powrocie z pracy długo nie rozmawiamy, po tak brutalnej pobudce na promie do Szwecji i całodziennym pedałowaniu chce mi się po prostu spać.

29 maja
Budzę się po 4-tej, o 5-tej pałaszujemy ostatni polski prowiant i ok 6-tej wyjeżdżamy z Kopenhagi.
Wcześniej oczywiście mega dawka wzruszenia przy pożegnaniu z Alicją.

Wyjazd ze stolicy Dani dynamiczny i szybki, łapiemy troszkę szuterku, raz jedziemy niemal przy samej cieśninie, albo przy zalewach pełnych żaglówek, albo odbijamy w głąb wyspy.
Komfort pedałowania zapewnia też dłuuuuuuuuga prosta szosa (z obu swych stron otoczona luksusowymi DDRkami) przecięta od czasu do czasu rondami, a że na rondo rowerzysta wjeżdża bez rozglądania się, bo ma przecież swój pas - jedzie się po królewsku!
Dojeżdżamy do z daleka podziwianego mostu Storstrøm łączącego dwie duńskie wyspy: Flaster i Masnedø o niespełna 4 km długości. Wieje na nim okrutnie, trzeba się skulić i tylko pruć naprzód!
O 15.40 odpływa prom z Gedser do Rostocku, dzięki wczesnemu wyjazdowi z Kopenhagi mamy zapas czasowy, nie musimy się spieszyć.
Port promowy Gedser
Bilety na prom Połowa nabywa w automacie i ... czekamy
Niemal 2-godzinny rejs spędzamy usadowieni wygodnie w fotelach przy panoramicznych oknach, co umożliwia obserwację morza i tego co na nim.


W Rostocku w godz. popołudniowych ruch jest już lżejszy, bez błądzenia docieramy do Hotelu.
W restauracji pałaszujemy spaghetti, pijemy piwo/wino i spać!




30 maja
Śniadanie serwują tu szybko - 6.30
a więc już o godz 7 start!
Wiaterek nas dziś nie wspomoże, ok 12-tej robimy popas z przeodziewkiem i wskazujemy Młodszej miejsce docelowe na dziś, dziecko szuka i bukuje nocleg


Mijamy Krakow (bez Wawelu), malowniczy Malchow, a we wszystkich nawiedzonych miasteczkach trwają zabawy, pikniki, biesiady - markety pozamykane - znaczy mają Niemcy święto! (Ojca i Mężczyzny) 

Spoko ...
Można kręcić, ale nie! - wjeżdżamy w dziewiczą i piękną krainę pełną lasów i jezior, a więc będą podjazdy i zjazdy na:



-DDRkach
-szosie
-bruku
-leśnych wertepach trawiastych
-leśnych wertepach piaszczystych
-polnych drogach i ścieżynkach obłożonych kamieniem, gruzem albo piachem.
W lasach każde zatrzymanie zapewnia atak kąsających komarów, a to oznacza całkowity zakaz postoju! 


Trzeba cisnąć do Rheisenberg - nie ma zmiłuj!
Wjazd na szosę i powitanie Brandenburgii pozwala na chwilowe odreagowanie i znowu w teren - zupełnie jak w Drawieńskim Parku Narodowym! Po tym leśnym pedałowaniu wokół jezior wjeżdżamy do "RAJsenbergu, szukamy swej sporo oddalonej od centrum kwatery, tam szybki tusz, przeodziewek i wypad rowerem na obiadokolację, powrót już w wieczornym chłodzie i ... spać!

31 maja
Śniadanko z bogatą ofertą nastraja optymistycznie, zresztą obiecuję sobie, że drogi mnie dziś nie wyprowadzą z równowagi - niech sobie będą jakie są!
Jak przyjdzie iść - pójdę!
Jak będzie można jechać - pojadę!
Energię sobie dziś przeznaczę tylko na podróż - bez szemrania i ponuractwa!
I rzeczywiście wyjazd z tego naszego "RAJsenbergu zgodnie z moim przypuszczeniem odbywa się kamienisto-szutrową drogą w las! i w dół! Nie da się jechać ... prowadzimy rowery, jest ciepło, mamy leśny dość głęboki wąwóz - trochę zjeżdżam, potem schodzę - pod górę /wyrypa chaszczami ku starej baszcie i strome zejście w dalsze knieje! 
W końcu wychodzimy z tego lasu na polny dukt z kocich łbów 
- ooooooo - po tym da się jechać!
Teraz, daleko od lasu i jego komarów można się rozebrać, mamy szosę i postanawiamy jej nie opuszczać jak długo się da!
Udaje nam się to przez kolejne 30km, potem szutry na przemian z asfaltem; bezczelnie omijamy barierkę z zakazem wjazdu ... betonowy zdemolowany mostek, przez który da się przenieść rowery nie jest przeszkodą i można dalej jechać! 
Most kolejowy z poboczem dla rowerzystów wymusza taszczenie rowerów w górę, na szczęście od strony barierki jest szeroka szyna dla kół, wchodzę zdyszana, długi/nieziemski po nim przejazd nad sporym akwenem, zejście i .... wjazd w las z jeziorem po prawej. 
Znowu wskazujemy Młodszej docelową miejscowość - Trebbin, ale tam nie może wyłapać nic wolnego, sugeruje Zossen.
Na asfaltowych nawierzchniach rozkręcamy się, na bezdrożach sama rekreacja - bez szarżowania (no nie dojadę do Zossen!)
Mamy Szprewę, w pewnej chwili udaje się nam wskoczyć bez oczekiwania na prom
i zapala się złudna nadzieja, że przy Szprewie będzie RAJ rowerowy - ale niekoniecznie (!) - przy rzece bywają znowu ścieżynki, szutry i bezdroża! 
Berlin i Poczdam omijamy sporym łukiem.
Jeszcze tylko ostatni mega/trudny odcinek przy kanale rzeki - w trawie do kolan twardo pedałujemy bez zatrzymania, jedynie wąskie załamanie w zielonej gęstwinie podpowiada jak prowadzić kierownicę.
Trwam w ciekawości jak długo i ile jeszcze tego survivalu.
Jest wyjazd na polanę i co widzę?
Po prawej na wzniesieniu suną sobie samochody gładziutkim asfaltem!
Mamy info od Młodszej - zaklepała nam nocleg w Zossen, a skoro zaklepany - musimy tam dojechać i nie ma już mowy o DDRkach!
Wjeżdżamy na tę szosę i ... zaczyna się prawdziwa jazda - taka jaką lubię, jest ciepło, słoneczko grzeje, nie trzeba się ubierać - teraz podróż daje radość!
Wjeżdżamy w miasto, szybko trafiamy na hotel, kąpiel, przeodziewek,  spaghetti i piwo, a gdy zmierzcha wracamy do hotelu i ... spać

1 czerwca
Hotelowym śniadankiem napełniamy żołądki do syta!
Trasę z Zossen do Żagania mamy przejechaną, znamy ją, wykluczamy DDRki - dziś sobota - pełne będą  cyklistów, a oni wściekają się, gdy bez dzwonka ich wyprzedzamy!
Szosa i tylko szosa (96 i 115)
Kierunek - Lubben, Cottbus i Forst!
Kręcimy bez niespodzianek, no może zamknięty wjazd do Cottbus przemykany z taszczeniem rowerów przez rozbebeszone torowisko za cichą zgodą robotników jest pierwszą atrakcją trasy!
Drugą zaliczamy tuż przed Forst! Droga prowadzi nas w miasto, by je ominąć można skręcić w lewo, i dotrzeć wprost na most graniczny.
Zbyt wcześnie odskakujemy w lewo - kręcimy/kręcimy, mamy potężne wiatraki, jakiś zakład, potem teren otwarty, bez lasu i choć coś tu nie gra brniemy uparcie przed siebie!
Na horyzoncie pojawia się szczyt kościelnej wieży więc kręcimy ku niej, będzie mieścina, albo wiocha - a tam powinien być zakręt w prawo.
Jest wiocha, ale zakrętu w prawo nie ma!
Wracamy! 
Przed Forst  odskakujemy w lewo w znaną DDRkę prowadzącą do owego mostu.
Marzę tylko o opuszczeniu Niemiec.
Słońce już dokucza, końcówka trasy sprzyja rozładowaniu i teraz sobie najnormalniej zwalniam, rower sam niesie mnie z wiatrem niemal do zatrzymania, jest to taka chwila łapania luziku - bardzo potrzebna, bo gdy po niej trzeba już pedałować jazda jakby od nowa sprawia frajdę!  

           Zasieki

Konsumpcja lodów z nawodnieniem na stacji paliw i telefon
do Młodszej, że jesteśmy w kraju, a ona namawia zięcia, by wyjechał nam naprzeciw.
10 km przed Lubskiem ładujemy rowery do dostawczaka i tu kończy się nasza rowerowa podróż!

- PIĘKNA podróż!
- żadnych awarii!
- żadnych strat!
- SAME KORZYŚCI!
Wprawdzie wolałam wracać z Rostocku nadmorską trasą rowerową do Świnoujścia, ale nie przekonałam swej Połowy do tej opcji ... trochę szkoda,  bo nie mielibyśmy tyle survivalu, z drugiej jednak strony dowiedziałam się, że wszystkie drogi prowadzące do CELU bez względu na ich jakość i standard potrafię pokonać z uporem i determinacją.
I na koniec - podziękowania:
Alicji i Jej Mamie - Iwonce - kto zna - wie! - niewiasta gołębiego serca (Alicja ma takie samo - zapewne po Mamie)
Córkom: Starszej i Młodszej. 
Konduktorce.
Wszystkim bliskim, którzy się o nas trwożyli. 
Połowie mej, która mnie prowadzi i pokazuje  świat pełen CZARU i MAGII/

https://drive.google.com/file/d/1h4mnNrwryInqDjNCgEyA8pbLBtxBADl_/view?usp=drivesdk

1 komentarz: